Akademicy zorganizowali protest. Podczas którego w maskach ze zdjęciem twarzy Ewy Kopacz palili w koksowniku przed uniwersytetem prace naukowe. Atmosferę podkreśla żałobna muzyka i syreny alarmowe. Co tym razem im doskwiera?

Wskazują, że oficjalne komunikaty obecnego rządu głoszą, iż warunki uprawiania nauki stale się poprawiają. Ustawa – Prawo o szkolnictwie wyższym premiuje najlepszych. Nakłady na naukę stale rosną. Tylko marne uczelnie nie wytrzymują zdrowej konkurencji o dotacje państwowe, tylko słabi naukowcy nie pozyskują grantów, tylko słabi absolwenci nieprzydatnych kierunków są bezrobotni lub wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy. Wolny rynek nauki ma wyregulować te nieprawidłowości prostym sposobem: eliminując zbędne kierunki kształcenia, zbędne szkoły wyższe na prowincji i zbędnych ludzi z rynku pracy.

Część środowiska naukowego się z tym nie zgadza i wskazuje, że obraz polskiej nauki przedstawia się zupełnie inaczej. Podkreślają, że przepisy działają wbrew intencji prawodawcy: nie stymulują rozwoju, lecz go dławią. Ich zdaniem traktowanie wiedzy jak towaru prowadzi do zalewu rynku pracy pospiesznie wykształconymi absolwentami, do zaniku rzetelnych badań w różnych dyscyplinach naukowych, do upadku ważnych placówek naukowych, których potencjał był wypracowywany przez lata.

Z tym, że protestujący sami nie mają pomysłu, jak wyrwać uczelnie z kryzysu. Oczywiście głównie postulują wzrost nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe. Środki dla naukowców są, jednak trzeba po nie sięgać do unijnej kieszeni. A w konkurencji z akademikami z innych krajów wypadamy blado. Grzebanie kolejny raz w ustawie – Prawo o szkolnictwie wyższym niewiele tutaj zmieni. Drodzy akademicy! To, jaka jest polska nauka, zależy od was, trochę więcej ognia powinniście wykrzesać z siebie przy tworzeniu, a nie paleniu prac naukowych.