W Krakowie już 30 proc. sześciolatków dostarczyło do szkoły odroczenie od obowiązku szkolnego. W Lublinie może to dotyczyć nawet co piątego najmłodszego ucznia, który miał rozpocząć edukację w pierwszej klasie – tak wynika z sondy przeprowadzonej przez DGP w największych miastach. We wrześniu po raz pierwszy do szkoły powinny pójść wszystkie sześciolatki.

W Opolu dyrektorzy szkół wydali 242 decyzje w sprawie odroczenia spełniania obowiązku szkolnego. Objęły one 20 proc. sześciolatków. W Warszawie za niegotowe do szkoły wzięto 10 proc. z nich, w Katowicach 11 proc. We Wrocławiu poradnie psychologiczno-pedagogiczne wydały blisko 15 proc. najmłodszych zaświadczenie, które umożliwia im zostanie w przedszkolu lub w szkolnej zerówce. W Łodzi natomiast w ławkach zabraknie co 10. ucznia, który zgodnie z reformą obniżającą wiek szkolny powinien rozpocząć od września edukację. Podobnie jest w Olsztynie. A być może to nie koniec.

Eksperci z którymi rozmawiamy przyznają, że sytuacja jest dynamiczna. W niektórych miastach badania gotowości szkolnej nadal trwają. Na przykład w Bydgoszczy już 7,8 proc. sześciolatków otrzymało odroczenie, ale na badania – jak informuje Marta Stachowiak z urzędu miasta – oczekuje jeszcze ponad 7 proc.

Ponadto rodzice mogą zmienić swoją decyzję w każdym momencie i to w obie strony. – Mimo odroczenia zgłosić dziecko do I klasy lub mimo zgłoszenia do I klasy w dowolnym momencie przed rozpoczęciem roku szkolnego przebadać dziecko – tłumaczy Grażyna Burek, pełnomocnik prezydenta Katowic ds. polityki edukacyjnej.

Już teraz jednak jest jasne, że liczba dzieci, który uznano za niegotowe do nauki, jest bardzo wysoka. – Jest ich więcej niż w zeszłym roku – szacuje Dominika Biesiada z Urzędu Miasta Krakowa.

Powód? Rodzice nie akceptują reformy, uważają, że ich dzieci nie dorosły do szkoły. Niewątpliwie duży wpływ ma na nich kampania Rzecznika Praw Rodziców prowadzona przez Karolinę i Tomasza Elbanowskich. Złożyli w Sejmie obywatelski projekt ustawy, który zakładał, że rodzice będą mieć wybór, kiedy poślą swoje dziecko do szkoły. Po odrzuceniu projektu przez posłów z podobnym wyszli parlamentarzyści PiS. Elbanowscy ściągnęli do Polski także prof. Anthony’ego Whitbreada z Cambridge, który opowiada się za przedłużaniem startu szkolnego dzieci.

Rodziców 6-latków paraliżuje także strach przed pobytem dzieci w przeładowanych klasach. We wrześniu naukę rozpocznie półtora rocznika dzieci. Zgodnie z przepisami do I klas pójdą wszystkie sześciolatki i połowa rocznika obecnych siedmiolatków, który w zeszłym roku nie w całości był objęty obowiązkiem szkolnym. I choć w klasach może być maksymalnie 25 uczniów, to przepisy nie regulują liczby oddziałów w szkole. W efekcie w niektórych placówkach są klasy nawet do literki R. Tak jest w jednej z podstawówek w stolicy, gdzie będzie 18 klas pierwszych.

W Gorzowie, gdzie rodzice nie buntowali się przeciw nowym przepisom (odroczenia otrzymało 3,2 proc. maluchów), liczba dzieci w pierwszych klasach wzrośnie z 1580 do 1800, część szkół będzie obłożona maksymalnie.

Liczebność klas miała wpływ na rekrutację. – Są szkoły, które nie przyjęły dzieci spoza rejonu. To duży problem dla rodziców, którzy mieszkają pod Opolem, a pracują w mieście i chcieli zapisać tu dzieci – wyjaśnia Grażyna Ulanowska-Zdobylak z opolskiego wydziału oświaty. Dodaje, że rywalizacja o miejsca w rejonowych podstawówkach prowadzi do patologii. Rodzice składają fałszywe oświadczenia, że mieszkają w rejonie. Dyrektor na podstawie takiego dokumentu musi przyjąć dziecko, nie ma narzędzi, by weryfikować jego autentyczność.

I nie bardzo wiadomo, jak rozwiązać ten problem. – Nie zamierzamy budować dodatkowych szkół, bo wielki boom potrwa tylko trzy lata. Później sytuacja się unormuje i znów będziemy mieli demograficzny dołek – twierdzi Grażyna Ulanowska-Zdobylak. I dodaje, że w Opolu rocznie do szkół i tak nie zgłasza się około setka dzieci, które wyjechały na stałe za granicę z rodzicami.

W ubiegłym roku do szkół poszły 193 tys. sześciolatków. To nieco ponad 80 proc. wszystkich dzieci w tym wieku, które – według założeń reformy edukacji – powinny do trafić do szkoły. Jedna piąta z nich stawiła się w swoich szkołach z decyzjami o odroczeniu startu szkolnego. Powinny pójść do szkoły w tym roku.

Matura jak egzamin na prawo jazdy?

Po pierwszej sesji z nową formułą matury ustnej z języka polskiego urzędnicy już szykują duże zmiany. Choć decyzja jeszcze nie zapadła, to zgodnie z jednym z rozważanych scenariuszy pytania miałyby być ogólnodostępne już przed egzaminem, a uczniowie losowaliby je na teście.

– W kwestii ustnego z języka polskiego rozważamy dwie możliwości, ale żadna nie jest dobra. Oba rozwiązania mają swoje plusy i minusy – przyznaje w rozmowie z DGP Marcin Smolik, szef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. – Pierwsza to taka, że wszystkie zadania uwalniamy przed egzaminem, tydzień, miesiąc, kwartał, semestr – do decyzji. Druga – wypuszczamy zadania na konkretną godzinę, np. 3–4, tak aby możliwe było przeprowadzenie losowania – wyjaśnia. Nad ostateczną wersją CKE ma jeszcze pracować.

Tegoroczna matura ustna z języka polskiego miała być rewolucją – wcześniej uczniowie jeszcze przed egzaminem musieli przygotować prezentację na wybrany temat. Podczas egzaminu przedstawiali ją złożonej z nauczycieli komisji. Formuła okazała się niewypałem, szybko stworzyła edukacyjny czarny rynek. Gotową prezentację można było kupić w internecie już za kilkadziesiąt złotych.

Nowy pomysł upodabniał ustną maturę z języka polskiego do egzaminu na studia. Uczeń, wchodząc przed komisję, losował jedno z puli 18 pytań. Pytania były takie same w całej Polsce. Także ten pomysł okazał się niewypałem. Uczniowie szybko się skrzyknęli na Facebooku – założyli stronę, zdający egzamin jako pierwsi tego dnia mogli umieszczać otrzymane pytania. Wystarczyło kilkadziesiąt minut, by cała pula pytań była już ogólnodostępna. Uczniowie, którzy zdawali później, mieli czas, by opracować wszystkie 18 zagadnień.