Analitycy wskazują możliwe przyczyny zjawiska: raz mówią, że pokryzysowe odbicie faworyzuje z początku proste stanowiska w produkcji i usługach, innym razem podkreślają małą mobilność wykształciuchów, na których praca czeka, ale nie w pobliskim sklepie czy warsztacie, więc kluczowe, by chcieć do niej dojechać.

Wyjaśnienia te wyglądają jednak dość powierzchownie. Gdy zajrzeć głębiej, nietrudno wpaść na trop właściwych przyczyn. A oto główna z nich: totalna dezynwoltura uczelni, które przejmują się pracą dla wykładowców, a w znacznie mniejszym stopniu przystawalnością własnych kierunków kształcenia do sytuacji na rynku. Jeśli produkujemy tysiące magistrów na „wydziałach spraw zbędnych”, to niedługo trzeba czekać na skutki. Przykład z bliskiej mi działki: wydziały lingwistyczne. Czy ktoś akredytując je na uczelniach, dokonał analizy krajowego rynku? Bez żartów. Przecież trzeba by się wysilić i powalczyć z lobbies. W Polsce kształci się niezliczone zastępy tłumaczy. W samej Warszawie, na samym tylko UW specjalizację tę uwzględniają i kulturoznawstwo, i lingwistyka stosowana, i filologie – a do tego są przecież uczelnie prywatne. Trend ten stał się wyraźnie antyrynkowy. Owszem, potrzeby były duże, ale w pierwszej dekadzie po transformacji. Dziś angielski jest w podstawie programowej przedszkola. Gdy już się udało zapełnić podstawówki od Sejn po Krotoszyn w miarę sprawnymi lektorami, społeczeństwo nie czuje się kalekie językowo. Więcej rozumiemy, coraz trudniej więc znaleźć osoby, które zapłacą za parę stron prostego przekładu.

W tym wycinku dobra polityka dała efekt – szybkie i szerokie wykształcenie młodzieży w kolegiach nauczycielskich skasowało językowy analfabetyzm, na razie u podstaw, ale dobre i to. Przeciętny Kowalski przed czterdziestką stara się już sam, co najmniej biernie, z jednego języka zachodniego korzystać. Nie rozłoży bezradnie rąk. Prędzej już krzyknie: „too much tłumacz!”– jak znajomi Jankesi po frustrującym objeździe Krakowa.

Rozrost katedr translatorskich jest nie tylko antyrynkowy, jest wręcz już sprzeczny ze strategią akademicką kraju. W interesie narodowym jest masowe wykształcenie wielojęzycznych obywateli, sprawnie buszujących po europejskim rynku pracy – a nie oddzielnej kasty biegłych tłumaczy, którzy wyświadczą usługi milionom głuchych językowo specjalistów. Ale cóż, rzucajmy dalej grochem o ścianę.

A praktyka? Ludzie z kierunków tłumaczeniowych lądują pod koniec studiów na seminarium z – jak to tam nazywają? – glottodydaktyki, czyli nauczania języka. Bo akurat taki był wybór promotorów. Student(ka) kształci się więc, żeby być tłumaczem, ale magisterki nie ma u kogo pisać (promotor zajęty najpewniej pracą na boku, przekładową albo i nie).

Spotykam ich na rozmowach wstępnych, tyle że ja właśnie rekrutuję nauczycieli. Gdy na interview pytam absolwenta translatoryki, czy jego zdaniem rynek tłumaczeń będzie się w Polsce szybko rozwijał, pierwszą reakcją jest urzędowy optymizm. „No oczywiście, czemu nie, ludzie chcą się komunikować globalnie” i tak dalej. Kandydat przekonuje, że można być zarazem nauczycielem i tłumaczem, choć zawody te wymagają zgoła przeciwstawnych cech temperamentu. Wtedy pytam, czy delikwent zdaje sobie sprawę, że w naszej szkole poświęciliśmy kilka lat życia po to, żeby rynek tłumaczeń właśnie się nie rozwijał. I że do takiej instytucji przyszedł szukać pracy. No, taaaak. Wtedy coś zwykle zaczyna świtać.

Realizm jest konieczny i przy wyborze specjalizacji, i przy akredytacji uczelnianych kierunków. Too much tłumacz, panie i panowie – co za dużo, to niezdrowo.

Produkujemy tysiące magistrów na „wydziałach spraw zbędnych”