Po 25, 17, 10, 5, a nawet dwóch latach w szkole nauczyciele z niej uciekają. Swoimi historiami dzielą się w grupie "Nauczyciel zmienia zawód" i tylko w tej społeczności padło kilkadziesiąt deklaracji o porzuceniu pracy w oświacie.

Stają się programistami, specjalistami HR, otwierają własną działalność albo poświęcają się pracy w korporacji. Okazuje się, że ich umiejętności mogą być cenione na rynku pracy i nie czeka ich bezrobocie.

Żaden z moich rozmówców nie żałuje decyzji, wielu mówi że do oświaty na pewno nie wróci, wszyscy tęsknią za młodzieżą.

Reklama

- Mam 26 lat, to nie jest moment na bycie wrakiem człowieka, a ja właśnie nim jestem. Nie mając nawet 30 lat - mówi Iwona, której życie wypełniała wyłącznie praca. Jak mówi pojęcie work-life balance znała tylko z internetu. Swoje życie opisuje tak: "Od 5 lat pracowałam w edukacji. Na studiach była to szkółka językowa, prywatne przedszkole dla dzieci z niepełnosprawnościami gdzie byłam asystentem. Od kiedy zatrudniłam się w przedszkolu i "poszłam na swoje" a raczej cudze, bo o kupnie mieszkania mogę marzyć, marzyć mogłam też o 8 godzinnym dniu pracy. Moja wypłata z przedszkola starczała ledwie na opłaty za wynajmowaną po znajomości kawalerkę. Dorabiałam dając korepetycje z angielskiego - do pracy wychodziłam o 7 wracałam w najlepszym razie o 19. Do tego studiowałam zaocznie pedagogikę. Kiedy skończyłam pedagogikę dostałam pracę jako nauczyciel w prywatnym przedszkolu, na zasadach podobnych do karty nauczyciela - 5 godzin z dziećmi, 3 godziny na przygotowanie zajęć. Przedszkole anglojęzyczne, byłam wniebowzięta! Co prawda wypłata lepsza niż asystenta, ale nadal niepozwalająca na "bezpieczne" życie. Zatrudniłam się w szkole językowej. Żeby mieć na opłaty, lekarzy i coś odłożyć pracowałam od 6.30 do 21 dwa dni w tygodniu, resztę mimo że miałam pracować tylko po 5h w sali pracowałam od 9 do nawet 10 godzin w sali (po powrocie dalej miałam jeszcze do zrobienia rzeczy do przedszkola). Kończyłam często przed północą."

- Do pracy w szkole trafiłam jako idealistka – mówi Anita. Nauczycielką została 5 lat temu, uczyła zarówno w podstawówce, jak i w szkole średniej, pracę z młodzieżą uwielbia. – Praca przy tablicy to było naprawdę coś, co w tej pracy lubiłam. I tylko to – mówi. Przerosło ją wszystko co poza. – Jestem nauczycielką języka polskiego i swoją pracę traktowałam zawsze bardzo poważnie. Przygotowywałam się do każdej lekcji, nie wyobrażałam sobie, by stanąć przed dziećmi i młodzieżą i być nieprzygotowaną. Do tego sprawdzanie prac klasowych i cała reszta obowiązków sprawiła, że nagle zorientowałam się, że przestaję mieć znajomych, bo kiedy oni spotykali się ze sobą, ja pracowałam – wieczorami sprawdzałam prace, w weekendy przygotowywałam się do lekcji – opowiada. Podkreśla, że trafiła na same dobre placówki: z dobrą dyrekcją, miłymi koleżankami i ambitną młodzieżą. Nie wyobraża więc sobie, jak ciężka musi być praca w placówce o innym standardzie, a takich przecież nie brakuje.

Reklama

W takiej pracowała Natalia. Duża szkoła, wielu dyrektorów, którzy swój zakres obowiązków mieli zdefiniowany tylko teoretycznie. Głównym powodem jej odejścia z zawodu był chaos i brak jasnej organizacji. - Ponadto ciągłe dokładanie pracy, przy czym dyrektor zawsze twierdził, że jest to w zakresie moich obowiązków. - To prawda, bo tak działa polecenie dyrektora – mówi Natalia. - Do tego brak współpracy między nauczycielami, brak zaufania, układy, plotki i donosy. – Jeśli powiedziałam, że mam gorszy dzień, to od razu wiedziała o tym cała szkoła i to na dodatek w wyolbrzymionej wersji – mówi. - Mam lata pracy za sobą, natomiast to, co widzę, absolutnie nie skłania mnie do pozostania w szkole. Lepiej nie będzie; pieniądze tutaj nie miały wpływu, mimo iż jakieś są – podsumowuje.

- Pękło we mnie podczas egzaminów, kiedy to jedna z dyrekcji postawiła mnie w niezręcznej sytuacji. Poczułam, że czara się przelała – wyjaśnia.

Iwona: W ciągu tego roku frustracja we mnie rosła, zmęczenie przygniatało, depresja się zaostrzała, aż w końcu... W końcu pękło. I zaczęłam szukać pracy gdzieś indziej. Znalazłam w dwa tygodnie. Teraz z utęsknieniem czekam na koniec czerwca, chociaż serce mi trochę pęka na myśl, że już nie będzie w moim życiu tych maluchów.

Przeciążenie

Ministerstwo Edukacji i Nauki problemu nie widzi. Minister Przemysław Czarnek wielokrotnie podkreślał, że mamy niż demograficzny, dzieci jest coraz mniej, a liczba nauczycieli nie zmniejsza się diametralnie, więc kryzys w oświacie nam nie grozi. I faktycznie, patrząc na suche statystyki można odnieść takie wrażenie. Jak poinformowało nas ministerstwo, w roku szkolnym 2021/2022 na 30 września 2021 r. godziny ponadwymiarowe posiadało 55 proc. nauczycieli. Mediana godzin ponadwymiarowych dla nauczycieli wynosiła 1, natomiast średnia godzin ponadwymiarowych dla jednego nauczyciela wynosiła 2,66. Obciążenia nauczycieli nie zwiększył także napływ dzieci z Ukrainy, które uciekły do Polski przed wojną – średnia godzin ponadwymiarowych wzrosła w stosunku do 30 września 2021 r. o 0,16 do wartości 2,82.

Z rozmów z nauczycielami wyłania się jednak zupełnie inny obraz. - Wracając do pracy po urlopie macierzyńskim prosiłam o 18 godzin. Pani dyrektor poprosiła mnie także o wzięcie wychowawstwa w klasie 4 i zgodziłam się na to. Od września 2021 miałam pracować 19 godzin plus ewentualnie jakieś zastępstwa - na to byłam przygotowana, a z rocznym dzieckiem nie wyobrażałam sobie inaczej. W sierpniu 2021 na radzie pedagogicznej okazało się, że mam 27 godzin przy tablicy plus wychowawstwo klasy 4, plus zostałam przewodnicząca zespołu językowego i zostałam powołana do zespołu do spraw dzieci z doświadczeniem migracji – opowiada Monika, nauczycielka języka angielskiego.

- W listopadzie zostało mi na stałe przypisane zastępstwo za koleżankę, więc z 27 godzin zrobiło się 29, po czym w marcu, po utworzeniu u nas w szkole oddziału przygotowawczego zostały mi przydzielone kolejne 3 godziny. Z obiecanych i umówionych 19 - nagle zrobiło się 32 godziny pracy przy tablicy w tygodniu. Dodatkowo w każdym tygodniu miałam ok. 5-8 zastępstw doraźnych, co w sumie daje prawie 40 godzin tygodniowo pracy przy tablicy w szkole. Gdzie sprawdzanie prac, przygotowanie do lekcji, rady pedagogiczne, sprawy wychowawcze telefony od rodziców wieczorami w sobotę, ba nawet w niedziele – mówi.

Dla Weroniki momentem przełomowym, by podjąć decyzję o odejściu ze szkoły, był ten ,kiedy zorientowała się, że została jedyną nauczycielką języka angielskiego na 900 dzieci. - Łatamy godziny jak możemy, ciągniemy praktycznie po 30 godzin dydaktycznych w tygodniu, by zapewnić dzieciom lekcje - to są moje realia z jeden z wrocławskich podstawówek – mówi.

Ten nawał pracy widzi Maciek, nauczyciel wychowania fizycznego, który w tym roku skorzysta z urlopu dla poratowania zdrowia, a w przyszłym – odejdzie z oświaty. – My, wuefiści czy nauczyciele podobnych przedmiotów, mamy duże pole do tego, żeby dorobić, więc na pensję nie narzekam, ale co mają zrobić nauczyciele, dla których praca przy tablicy to dopiero część ich obowiązków? – pyta retorycznie.

- W naszej szkole najmłodszy matematyk ma 48 lat. W tym roku odchodzi ośmiu nauczycieli przedmiotów typu język polski czy angielski. Mój młodszy kolega, jeszcze student, który był zatrudniony na pół etatu mógł dostać moje godziny, ale ostatecznie zdecydował się, że odchodzi – opowiada.

Maciek odchodzi, bo ma dosyć bylejakości, atmosfery, niskiej wypłaty (choć nie jest to przesądzające) i rodziców. '

Rodzice

- Dzieci już w 2-3 klasie potrafią powiedzieć do nauczyciela, że pani jest pojeb… Reakcja rodzica? „Widocznie pani sobie na to zasłużyła” - mówi Anna

- Uczeń potrafi uniemożliwić prowadzenie lekcji, ale to nauczyciela wina, bo mu zwraca uwagę i go tym prowokuje. Nie po to skończyłam kilka kierunków studiów, żeby znosić takie teksty – dodaje.

Monika: Byłam już świadkiem wyzwisk, straszeniem policją i sądem nauczycieli. Były groźby od rodzica, że nas wykończy. Były donosy. Nauczyciel wiecznie się tłumaczy. Najczęściej niesłusznie.

- Rodzic nasz pan, rodzic ma zawsze rację. Należy zawsze uroczo się uśmiechać, choć człowiek się w środku gotuje. Rodzice nas pouczają, jak mamy pracować. Ja ich nie pouczam, jak mają leczyć ludzi, liczyć kredyty czy pisać programy IT. Ale oni wiedzą lepiej, jak mam uczyć, prowadzić zajęcia, prowadzić grupę. Rodzice zawsze wchodzą z pozycji siły. A powinniśmy być partnerami. Rodzice udzielają nam reprymendy, że natychmiast nie odpowiedziałyśmy na maila. A mail wysłany o 1 w nocy - opowiada dalej.

- Rodzice dzieci w szkole tego nie rozumieją, że my jesteśmy ludźmi, że możemy być niedyspozycyjni, możemy chorować, że też mamy dzieci, rodziny, pasje, życie po prostu. Pani ma być, pani ma dać radę i to hasło „pani coś z nim (synem) zrobi, bo ja już nie wiem co” albo rozmowa wicedyrektor z mama ucznia, który wdał się w bójkę „pani powie wychowawczyni, bo ona sobie lepiej radzi z A. niż ja”. Nie jest mi potrzebna taka odpowiedzialność – mówi Monika.

Bylejakość

- Ogólnie bylejakość w szkole publicznej jest dojmująca. Nikomu nie zależy tak naprawdę. Godziny rozpoczęcia lekcji, sposób prowadzenia i sprawdzania wiedzy zupełnie nie idzie w parze z neuronaukami. Kiedy robię sprawdzian w parach czy grupach, to zwykle inni nauczyciele mają ogromne pretensje, że „rozpuszczam” dzieci, bo przecież na innych przedmiotach też tak będą chcieli – mówi Anna..

Podobnie widzi to Anita, która podkreśla, że po 5 latach spędzonych w szkole zorientowała się, że niczego już więcej się nie nauczy, że osiągnęła w tym zawodzie wszystko, co mogła. - Po miesiącu spędzonym poza szkołą odżyłam, mam wrażenie, że znowu się rozwijam i uczę – mówi i dodaje, że polska szkoła w tym wydaniu promuje bycie średniakiem, nie opłaca się wysilać i być ponadprzeciętnym nauczycielem.

- Karta Nauczyciela to ustawa, która chroni słabych nauczycieli. Nie zgadzam się na to, żeby pierwszeństwo w zatrudnieniu mieli nauczyciele, którzy doszli do jakiegoś poziomu awansu, mimo że ja również do tego doszłam. Uważam, że pracować powinni nauczyciele, którzy robią to bardzo dobrze. I tylko oni. Nie miałabym problemu ze zwiększeniem pensum ( za odpowiednim wynagrodzeniem) , ale chce pracować z ludźmi, którzy nie pracują za karę i jeszcze wymagają wyjątkowego splendoru i szacunku za bycie nauczycielem. Szacunek należy się i uczniom, i nauczycielom, i rodzicom. Na równi. Ja jestem za ankietami, w których dzieci i rodzice oceniają nauczyciela i ta ocena ma realny wpływ na zatrudnienie i wynagrodzenie. Ja sama takie ankiety robiłam i zawsze byłam ciekawa, co o mojej pracy myślą dzieci i rodzice. To był duży problem dla moich koleżanek i kolegów, bo jak to tak, oceniać nauczyciela? – dodaje Anna.

Moi rozmówcy przyszłość szkoły widzą w ciemnych barwach.

Dominik: Tu są potrzebne dziesiątki lat pracy, żadna podwyżka nie poprawi sytuacji w polskiej szkole.

Anita: Powiedziałam otwarcie moim uczniom, dlaczego odchodzę z pracy. Rozumieją i popierają moją decyzję. Wielu z nich już wie, co chciałaby robić w życiu. Do pracy w szkole nikt się nie wybiera. Powiedzieli, że nie po to chcą iść na studia, żeby tyle zarabiać.