Mam bowiem to szczęście, że pochodzę z rodziny, w której maniacko się czytało. Kolejne szczęście to, że choć edukację na poziomie podstawowym zdobywałam w wiejskiej szkole, to była w mojej miejscowości spora biblioteka, gdzie spędziłam niejedną godzinę. Bibliotekarze podsuwali intrygujące lektury, kusili, czytając nam co lepsze fragmenty, zamawiali najświeższe pozycje. I dzięki temu nawet ci moi koledzy, w których domach jedyną książką była ta do nabożeństwa, sięgali po kolejne tytuły. No cóż, biblioteka wciąż jest. Nawet wstawiono do niej komputery. Ale co z tego, skoro prowadząca ją nauczycielka przez kilka miesięcy w roku ma wolne. Kiedy kilka razy pocałuje się klamkę, to potem już się nie chce przychodzić. Więc coraz mniej osób tam zagląda, co jest dla gminy dowodem, że biblioteka to przeżytek i nie ma co w nią inwestować. Taki scenariusz powtarza się w wielu miasteczkach i wioskach.

Nie wystarczą pieniądze na książki, jeśli nie będzie ich miał kto wypożyczać. I to nie byle kto, ale bibliotekarz umiejący przenieść całe pokolenia w świat książkowych marzeń. Bez takich ludzi cukierniczka już zawsze i dla wszystkich pozostanie zwyczajnym naczyniem, do którego sięgamy, aby posłodzić herbatę. A eksperci będą powtarzać jak mantrę jękliwe ubolewania, że dzisiaj to już nikt nie czyta.