W tym roku 462,7 tys. osób podjęło naukę na uczelniach nadzorowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). To o 14,1 tys. mniej niż w roku akademickim 2013/2014. Wówczas na studia licencjackie, inżynierskie oraz magisterskie przyjęto 476,8 tys. osób.

ikona lupy />
prof. Jerzy Woźnicki przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego / Dziennik Gazeta Prawna
Dziś oficjalne wyniki rekrutacji przedstawi resort nauki. – Liczba ta nie uwzględnia m.in. danych z 22 uczelni niepublicznych, które nie złożyły sprawozdania pomimo monitów – zastrzega MNiSW. Spadek liczby przyjętych na studia to efekt niżu demograficznego. Część ekspertów szacuje, że za jego sprawą z rynku zniknie co trzecia szkoła wyższa
Z prognoz ministerstwa wynika, że liczba studentów będzie sukcesywnie maleć. W roku akademickim 2023/2024 ma wynieść 1,25 mln osób. Dziś, według danych GUS, jest ich 1,54 mln.
– Tegoroczny wynik osób przyjętych na studia nie jest jeszcze dramatem – komentuje prof. Marek Rocki, przewodniczący Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Dodaje, że – porównując rok do roku – znacznie gorzej było w 2013. Okazało się wówczas, że przyjętych na uczelnie było o 90 tys. mniej niż w 2012.
– W mojej ocenie wynikało to między innymi ze sposobu liczenia osób przyjętych przez POL-on, czyli ogólnopolską bazę o szkolnictwie wyższym, do której wszystkie placówki są zobowiązane przesyłać informację. Nowy system zbierania danych mógł wpływać na wyniki – wyjaśnia prof. Marek Rocki.
Podkreśla również, że spadek liczby studentów nieuchronnie doprowadzi do zmniejszenia liczby uczelni działających na polskim rynku. To zresztą już się dzieje. Obecnie jest ich 432. Jeszcze kilka lat temu na rynku działo ich ponad 460. – Istnieją szacunki, które mówią, że zniknie co trzecia uczelnia – mówi prof. Marek Rocki.
Zdaniem prof. Tadeusz Lutego, byłego przewodniczącego Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, uczelnie, aby utrzymać się na rynku, zmniejszają wymagania wobec kandydatów na studia.
– Szkoły wyższe chcą zapewnić sobie jak największą liczbę studentów, bo to ma wpływ na wysokość uzyskiwanych przez nią funduszy. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem jednego z dziekanów, że jego profesorowie wolą mówić do „pustych głów” niż do „pustych ścian”. Dlatego przyjmują kogo popadnie, aby wypełnić limit miejsc niezbędnych do uruchomienia kierunku – komentuje prof. Tadeusz Luty.
Niż demograficzny dotyka nawet najbardziej prestiżowe uczelnie. Przykładowo w tym roku Uniwersytet Jagielloński nie uruchomił studiów niestacjonarnych na takich fakultetach jak: neofilologia, politologia czy archeologia.
Zdaniem prof. Tadeusza Lutego maturzyści wolą też iść na jakiekolwiek studia, aby uchronić się przed bezrobociem, a niektóre uczelnie przyjmują zainteresowanych z otwartymi ramionami.
– Do wykonywania niektórych profesji nie potrzeba dyplomu magistra, ale często te osoby nie mają alternatywy, więc wybierają studia – twierdzi prof. Tadeusz Luty.
Podaje przykład programistów, których mogłyby kształcić technika, a te osoby zapisują się do szkoły wyższej. Kompetentni specjaliści po technikum mogliby przecież wejść na rynek pracy w wieku 19 lat, a nie jeszcze pięć lat kształcić się na uczelni.
– Niestety system kształcenia zawodowego zawodzi. Jeśli w zawodówce zainteresowani uzyskaliby wymagane na rynku pracy kompetencje, nie potrzebowaliby iść na studia, tylko podjęliby z powodzeniem po szkole średniej pracę, a nie z dyplomem szkoły wyższej np. opłaconym przez podatników wyjeżdżali na zmywak do Wielkiej Brytanii – uważa prof. Tadeusz Luty.
Ministerstwo na dzisiejszej konferencji poda też informację dotyczącą najczęściej wybieranych fakultetów. W roku akademickim 2013/2014 najpopularniejszymi kierunkami były informatyka, prawo, zarządzanie, budownictwo czy mechanika i budowa maszyn.
– Na razie analizujemy te dane. Na dzisiejszej konferencji prof. Lena Kolarska-Bobińska oficjalnie ogłosi te wyniki – dowiedzieliśmy się w biurze prasowym resortu nauki.
KOMENTARZ
Liczba osób podejmujących studia w szkołach wyższych będzie spadać. To nieuchronne. W efekcie zmaleje też liczba uczelni. W przypadku niepublicznych to jest proces pożądany. Ich znaczny i niekontrolowany rozrost doprowadził do tego, że już teraz w połowie z nich kształci się mniej niż 1 tys. osób, a to sprawia, że te szkoły nie mogą się rozwijać. Nie ma mowy o budowaniu ich kapitału akademickiego. Paradoksalnie niż demograficzny można interpretować pozytywnie, ponieważ może przełożyć się na lepszą jakość kształcenia w szkolnictwie wyższym, jeśli fundusze na ten cel zostaną utrzymane. Przy zachowaniu dotychczasowego poziomu publicznych nakładów na szkolnictwo wyższe środki w przeliczeniu na studenta będą rosnąć. To jest pożądane. Polska obecnie przeznacza mniej funduszy na ten cel niż Węgry czy Czechy. Ponadto na jednego nauczyciela akademickiego będzie przypadało mniej studentów, co jest korzystne dla jakości kształcenia. Będzie też bardziej dostępna baza dydaktyczna.
Chodzi też o to, aby zasoby upadających szkół wyższych nie były przeznaczane na inne cele. Alternatywą dla upadku uczelni jest ich łączenie się. Nowa szansą dla działalności szkół wyższych w celu pozyskiwania nowych środków może się stać uznawanie efektów kształcenia pozaformalnego, np. zdobytego podczas wykonywania pracy zawodowej. Taką szansę daje ostatnia nowelizacja z 11 lipca 2014 r. ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. poz. 1198), która obowiązuje od 1 października 2014 r. Inną możliwością jest oferta na piątym poziomie kształcenia Krajowej Ramy Kwalifikacji sytuująca się między maturą a licencjatem. Chodzi o prowadzenie np. dwuletnich kolegiów czy rocznych kursów dających konkretne kompetencje zawodowe. Pytanie tylko, kto będzie finansował tę działalność.