Pierwsze miesiące zdalnego nauczania były na polskich uniwersytetach chaotyczne. Niektórzy wykładowcy nie potrafili się odnaleźć w świecie nowoczesnych technologii, a studenci zniknęli za wyłączonymi kamerami. Jak ocenia pani poziom nauki przez internet teraz, kiedy część kierunków wraca do takiego trybu?
W marcu 2020 r. nie wiedzieliśmy, ile potrwa pandemia. Zastanawialiśmy się, czy nauczanie zdalne będzie strategią wyłącznie na dwa tygodnie. W takim przypadku opanowanie umiejętności wykorzystania narzędzi do nauczania zdalnego nie byłoby konieczne. Jednak okres spędzony w domu się wydłużył i pojawiła się konieczność odpowiedniego przygotowania. Łatwo nie było. Prowadziłam kursy dla koleżanek i kolegów z uniwersytetu. Uczyłam ich korzystania z odpowiednich narzędzi. Poziom umiejętności cyfrowych był wówczas bardzo zróżnicowany, niezależnie od wieku. Teraz studenci opowiadają mi, że wykładowcy nabrali wprawy. Otworzyli się przez ten rok na nowe możliwości. Tylko że to nie umiejętności posługiwania się komputerem okazały się najważniejsze. Kluczowe było wymyślenie, jak sensownie prowadzić zajęcia w internecie, by ich jakość się nie zmieniła. Organizowanie zajęć online w taki sam sposób jak w sali nie miało sensu. Zmieniła się kwestia koncentracji czy interakcji ze studentami. Co ważne, przy okazji pandemii dowiedzieliśmy się też, że wykłady są najmniej efektywną formą przyswajania wiedzy. Ich zaletą jest kontakt z mistrzem, możliwość posłuchania go na żywo. A samo bierne słuchanie jest reliktem po starym sposobie myślenia o edukacji.