Reklama
Prof. dr hab. Maciej Zabel, prorektor ds. Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego / Materiały prasowe
W dyskusji na temat szerszego otwarcia ścieżki kształcenia lekarzy często pada argument, że uczelnie chcące uruchomić kierunek lekarski, a niebędące uczelniami medycznymi, nie będą w stanie sprostać wymaganiom, które nakłada ustawa o szkolnictwie wyższym. Czy zgodzi się pan z tą opinią?
Niekoniecznie. Jak pokazuje przykład nie tylko naszej uczelni, lecz także wielu innych miast (m.in. Olsztyna, Opola czy Rzeszowa), trudności istnieją, ale są one do pokonania. Tym bardziej że z mojego doświadczenia wynika - a prowadziłem zajęcia dydaktyczne na trzech różnych uczelniach medycznych - że te trudności są zawsze, i to niezależnie od wielkości placówki.
Z czym zatem musi zmierzyć się uczelnia chcąca otworzyć kierunek lekarski?

Reklama
Z właściwym oszacowaniem liczby studentów, których jest w stanie wyszkolić z uwzględnieniem bazy, którą posiada. I nie chodzi tu nawet o bazę teoretyczną - tu zwiększenie liczby miejsc nie stanowi takiej trudności, lecz o zajęcia kliniczne, które są niezwykle istotne w kształceniu studentów medycyny. W naszym przypadku limit przyjęć to 140 osób - 70 w trybie stacjonarnym i 70 na studiach płatnych.
A jak wyglądało u państwa pozyskiwanie bazy klinicznej?
Była ona stopniowo rozwijana. Pierwszym i najważniejszym etapem było pozyskanie byłego wojewódzkiego szpitala w Zielonej Górze. Został on przekształcony w spółkę, w której uczelnia ma 51 proc. udziałów. W ten sposób powstał Uniwersytecki Szpital Kliniczny, który zapewnia nam ok. 70‒80 proc. bazy klinicznej na potrzeby naszych studentów. Pozostała część tzw. klinik jest odbywana w szpitalach w sąsiednich miejscowościach. Są to zarówno większe miasta (np. Gorzów Wielkopolski), jak i małe miejscowości, w których znajdują się oddziały wysokospecjalistyczne. Na przykład mamy podpisaną umowę ze szpitalem w Ciborzu, gdzie znajduje się duży szpital o profilu wyłącznie psychiatrycznym.
Studenci nie skarżą się na konieczność dojazdów?
Nie są to odległości utrudniające im życie. Oczywiście staramy się zapewnić zajęcia kliniczne na miejscu, w Zielonej Górze, ale kierujemy się również jakością i możliwościami województwa.
A z drugiej strony - czy szpitale były chętne podjąć współpracę z nowo powstającym kierunkiem lekarskim?
Jeśli chodzi o naszego pierwszego partnera, to nie ukrywam, że na początku był pewien opór. Interesy szpitala i jego pracowników były inne niż uczelni, jednak udało się dojść do porozumienia. Obecnie nasz szpital kliniczny ceni sobie tę współpracę. Powodów jest kilka - choćby fakt, że wraz z uzyskaniem szyldu uniwersytetu wzrosła ranga placówki. Jako szpital uniwersytecki ma większą szansę na pozyskanie lepszej kadry.
Jeśli chodzi zaś o pozostałe lecznice, to widzimy z ich strony bardzo duże zainteresowanie współpracą z uniwersytetem. W ich przypadku również chodzi o pozycję, a tym samym argument do negocjacji z NFZ, bowiem ranga szpitala jako współpracującego z uniwersytetem podnosi się - zarówno w oczach osób zarządzających, jak i pacjentów.
Około 100 studentów na roku to stosunkowo mała liczba. Jak oceniają oni ten bardziej kameralny sposób kształcenia?
Z rozmów ze studentami, którzy już ukończyli naszą uczelnię (a pierwszy rocznik to 56 absolwentów), ale również z oceny Państwowej Komisji Akredytacyjnej (która ocenia, czy dalej możemy prowadzić ten kierunek) wynika, że stosunkowo mała liczba osób na roku daje większą szansę kontaktu nie tylko z prowadzącymi zajęcia, lecz także „żywym pacjentem”. Po prostu nie ma tłoku. Oczywiście w ostatnim czasie studenci narzekali i będą narzekać na utrudnienia związane z pandemią, ale ta kwestia utrudnia pracę każdej uczelni medycznej.
Czyli model kształcenia w mniejszych grupach i mniejszych miastach się sprawdza?
Elementem sprawdzającym uczelnie i ich sposób kształcenia jest choćby Lekarski Egzamin Weryfikacyjny (dawny LEK). Okazuje się, że nowo założone kierunki w mniejszych miastach radziły i radzą sobie bardzo dobrze. Choćby w obecnej jego edycji nasza uczelnia zajęła w rankingu pierwsze miejsce. Różnice oczywiście nie były duże, ale to pokazuje, że nowe, mniejsze kierunki nie są wcale gorsze, jeśli chodzi o jakość wykształcenia studentów, którzy opuszczają uczelnie. ©℗
Rozmawiała Dorota Beker