Reklama
Do jutra oświatowe związki zawodowe i samorządowe korporacje mają czas na udzielenie Ministerstwu Edukacji pisemnej odpowiedzi w sprawie propozycji zmian w pragmatyce zawodowej nauczycieli. Do tej pory trzy największe centrale sprzeciwiały się zwiększeniu wymiaru pracy w zamian za podwyżki. Jednak na ostatnim spotkaniu Forum Związków Zawodowych i Związku Nauczycielstwa Polskiego nie pojawili się już przedstawiciele oświatowej Solidarności. Niezależnie jednak od rozbieżności stanowisk związkowców, nauczyciele zatrudnieni w szkołach nie chcą pracować o cztery godziny więcej, czyli mieć 22 lekcje tygodniowo. Sprzeciwiają się też przywróceniu tzw. godzin karcianych, czyli wprowadzeniu obowiązku spędzania w szkole - w ramach czasu pracy - nawet do ośmiu godzin tygodniowo. Minister Przemysław Czarnek chce, by w tym czasie nauczyciele byli do dyspozycji uczniów i ich rodziców, jednocześnie jednak wolałby uniknąć nadmiernej biurokracji związanej z rozliczaniem tych godzin. Dlatego proponuje, aby odbywało się to w trybie kwartalnym, a nawet rocznym. W konsekwencji to, czy nowe godziny karciane będą rzetelnie realizowane, zależeć będzie od podejścia szefów placówek.
(Nie)dyspozycyjny
Likwidacja godzin karcianych (dwóch tygodniowo) była jedną z pierwszych decyzji, jakie podjęła Anna Zalewska, która stanęła na czele resortu edukacji po przejęciu rządów przez PiS. Tłumaczyła wtedy, że nauczyciele nie mogą dodatkowo pracować bez wynagrodzenia. Teraz pomysł wraca, jednak w zmienionej formule i wraz ze zwiększeniem pensum o cztery godziny. Dlatego związkowcy uznali, że są to nowe godziny karciane. Co do zasady chodzi o to, by nauczyciele tablicowi przebywali na terenie szkoły średnio osiem godzin tygodniowo, nauczyciele specjaliści, bibliotekarze i ci ze świetlicy mają mieć trzy takie godziny dodatkowe, a osoby uczące w przedszkolach - dwie.
- Według ostatnich propozycji, które w całości odrzucamy, nauczyciele wychowania fizycznego, muzyki i plastyki mogą mieć więcej niż osiem godzin przydzielonych tygodniowo. To jest tylko mydlenie ludziom oczu i wyważanie otwartych drzwi. Przecież obecnie rodzic może się za pomocą dziennika elektronicznego umówić z nauczycielem i porozmawiać z nim. Są organizowane rady pedagogiczne oraz wycieczki i nikt nie domaga się z tego tytułu nadgodzin - mówi Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP. W jego ocenie, jeśli dyrektor będzie w ramach tych godzin zmuszał swoich podwładnych do dodatkowego siedzenia w szkole, sprowadzi się to do odsiadywania ich w pokoju nauczycielskim, bo w wielu placówkach nie ma wolnych pomieszczeń, gdzie spokojnie można porozmawiać z uczniem. Utrudni to też życie osobom pracującym w innych placówkach lub realizującym inne obowiązki.

Reklama
- Uważamy, że nauczyciel powinien spędzać osiem godzin w szkole, powinien mieć stanowisko pracy wyposażone we wszystkie niezbędne oprzyrządowanie. Wszystko powyżej ośmiu godzin pracy to godziny nadliczbowe, a ich w ciągu roku nie może być więcej niż 150 - przypomina Sławomir Wittkowicz, przewodniczący WZZ „Forum-Oświata”. Dodaje, że oznacza to także konieczność uregulowania kwestii warunków pracy oraz rozliczania czasu pracy. Wskazuje też na mnożące się w związku z tym wątpliwości - np. czy do tego czasu wliczone będą dyżury na przerwach, które dają minimum dwie godziny dziennie. Dlatego również jego zdaniem takie propozycje są nie do zaakceptowania.
Kwestia zaufania
Dyrektorzy szkół uważają, że narzucenie takiego systemu pracy jest ograniczeniem autonomii placówki. - Rada pedagogiczna podejmuje uchwałę w sprawie rocznego planu pracy szkoły i sama nakłada na siebie obowiązki, w tym związane z wycieczkami, spotkaniami z rodzicami czy przygotowywaniem apeli. Nigdy nie zdarzyło mi się, że taki dokument nie został zatwierdzony - mówi Jacek Rudnik, wicedyrektor Szkoły Podstawowej nr 11 w Puławach. - Mam 100 nauczycieli i nie zamierzam ich rozliczać z tego, ile godzin byli do dyspozycji uczniów i rodziców. Jeśli jakiś nauczyciel będzie mało zaangażowany w pracę szkoły, mogę mu obniżyć dodatek motywacyjny lub nie przyznać nagrody - dodaje.
Podobne spostrzeżenia mają inni dyrektorzy. - Oczywiście zawsze może się znaleźć szef placówki, który będzie skrupulatnie sprawdzał nauczycieli, ale takim zachowaniem doprowadzi do tego, że wcześniej czy później zwolnią się oni z takiej szkoły. W dużej mierze te godziny będą fikcją, bo i tak już obecnie nauczyciele wykonują wszystkie polecenia swoich przełożonych - mówi Tomasz Malicki, wicedyrektor Technikum nr 2 w Krakowie. Jak zauważa, ze zrealizowaniem tych godzin mogą mieć kłopot nauczyciele, którzy nie są wychowawcami i mają mniejszy kontakt z rodzicami.
Szefowie placówek przyznają jednak, że pytanie, jak realizowany jest ten przepis, może się pojawić podczas kontroli kuratoryjnej.
Minister chce, by w czasie dodatkowych godzin spędzanych w szkole nauczyciele byli do dyspozycji uczniów i ich rodziców, jednocześnie jednak wolałby uniknąć nadmiernej biurokracji związanej z ich rozliczaniem
Nauczyciel bardziej dostępny / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe
Etap legislacyjny
Projekt ustawy w konsultacjach