Reklama
Minister edukacji chce walczyć z biurokracją, a rodzice ciągle są zasypywani różnego rodzaju dokumentami, zgodami itp. Czy nie mogłyby one obowiązywać z mocy prawa?
Walka z biurokracją, o której mówi ministerstwo, ma dotyczyć nie relacji z uczniami i rodzicami, lecz szkół i nauczycieli. Niestety niektóre propozycje raczej będą zwiększać poziom biurokracji, niż go zmniejszać, także w odniesieniu do rodziców. Weźmy na przykład sztandarową nowelizację, powszechnie nazywaną lex Czarnek, czyli obowiązek wyrażania zgody przez kuratora na prowadzenie w szkole zajęć przez organizacje i inne osoby. Do wzięcia udziału w takich - zatwierdzonych przecież przez kuratora - zajęciach lub spotkaniach będą wymagane zgody nie tylko rady szkoły i rady rodziców (co nawiasem mówiąc, obowiązuje także dzisiaj), ale też rodziców lub pełnoletnich uczniów. No i czy to nie zwiększy biurokracji? Wystarczyłoby przecież po prostu wysłanie albo niewysłanie dziecka na takie zajęcia. A tak będą zbierane setki pisemek przez dyrektora szkoły, który zapewne będzie musiał się z nich jakoś rozliczyć. Do tego oczywiście dochodzą wszelkie inne zgody, np. dotyczące publikacji wizerunku dziecka, czego wymaga prawo autorskie, przetwarzania danych osobowych (słynne RODO) i tak dalej. Na marginesie… Z RODO jest trochę tak jak z yeti, każdy słyszał, ale nikt nie widział… Rozporządzenie UE nie zawiera bowiem konkretnych przepisów, lecz tylko ogólne zasady ochrony danych. Mimo to wymagamy różnych zgód i oświadczeń… Może niepotrzebnie? Do tego dołóżmy zgody na wycieczkę, na samodzielny powrót dziecka ze szkoły, wyjście do teatru... Oczywiście, że ustawowo można uregulować wiele z nich, wprowadzając chociażby instytucję sprzeciwu zamiast zgody. To dopiero byłaby zmiana w walce z biurokracją.
Wielu dyrektorów szkół to nauczyciele, a nie prawnicy i często po prostu nie radzą sobie z galopującą legislacją. Co by im pan doradził?
Przede wszystkim zachować umiar w mnożeniu dokumentów. Wymagać ich tam, gdzie są absolutnie niezbędne. No i oczywiście śledzić przepisy, choć to niełatwe. Można też pytać kuratoria, które powinny robić to na bieżąco.
Nie wszystkim się to udaje. Na przykład od 12 września 2019 r. obowiązuje ustawa o opiece zdrowotnej nad uczniami, a są szkoły, które wciąż powołują się na rozporządzenie, które zastąpiła. Rodzice wyrażają więc zgodę na stosowanie aktu prawnego, który nie obowiązuje.
Bo system prawa medycznego jest bardzo skomplikowany. Wspomniana ustawa o opiece nad uczniami odwołuje się do ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, a ta z kolei do rozporządzeń wykonawczych ministra zdrowia, w tym wypadku rozporządzenia w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej zawierającego wykaz świadczeń udzielanych przez pielęgniarkę i higienistkę szkolną. W tym niełatwo połapać się nawet prawnikowi. Winę za taki stan rzeczy ponosi brak odpowiednich informacji kierowanych do szkół. Trzeba przygotować informatory, wytyczne, wzory. Wtedy problem w dużej części zniknie.
Ta ustawa zawiera rozwiązanie, o którym pan wcześniej wspominał. Sprawdzanie uczniom włosów, dokonywanie fluoryzacji zębów itp. może zablokować dopiero pisemny sprzeciw rodzica. Bez niego przyjmuje się domniemanie zgody. Czy takie regulacje nie mogłyby obowiązywać w pozostałych sprawach dotyczących oświaty?
W wielu przypadkach takie rozwiązanie byłoby wystarczające. Tylko do tego trzeba zaufania do szkół, którego obecnie nie widzę.
Czyli dyrektorzy zabezpieczają się biurokracją z obawy przed konsekwencjami? Z nadgorliwości?
Raczej z przezorności. W naszym systemie lepiej mieć papier, niż go nie mieć. A kurator czy prokurator zacznie przecież od sprawdzenia formalności, a nie weryfikowania tego, co się naprawdę wydarzyło i dlaczego. Druga kwestia to zachowania rodziców, którzy z jednej strony mają wielkie wymagania i chcą je egzekwować, a z drugiej zazdrośnie strzegą, no właśnie czego? Swojej prywatności? Chyba raczej prywaty. Nie można się więc dziwić, że dyrektor chce mieć na wszystko podkładkę, bo rodzic może się wyprzeć ustnej zgody, dopiero papiery pokażą prawdę.
Nie zawsze to wystarcza. Na przykład niemal każdy protokół powypadkowy można zakwestionować, a organ prowadzący może nakazać ponowne przeprowadzenie całej procedury. Spotkałem się już kilka razy z taką sytuacją.
Bo nie ma zaufania do kogokolwiek. Jest za to powszechne domniemanie, że wszyscy są nieuczciwi i tylko kombinują, jak chronić siebie. To wymaga zmiany nie tylko w szkolnictwie i prawie oświatowym, ale przede wszystkim w społeczeństwie.
Nawet Najwyższa Izba Kontroli w ostatnim raporcie dotyczącym edukacji wytknęła szkołom, że mają nieaktualne i zawierające błędy statuty. Tymczasem w przepisach jest zapisane, że każdy nauczyciel dyplomowany, czyli najczęściej dyrektor, powinien znać prawo oświatowe. Z czego to wynika?
Błędy w statutach wynikają z ogólności prawa oświatowego. Na przykład jego art. 98 mówi, co ma zawierać statut, i jest bardzo obszerny, ale jednocześnie jest niezwykle ogólny. Dlatego każdy wypełnia statuty własną treścią, która - choć ogólnie zgodna z ustawą - już niekoniecznie jest zgodna z poglądem wizytatora kuratorium lub organu gminy. Nie ma jednego, dobrego standardu. Apeluję, by dać szkołom i ich organom więcej swobody i ingerować tylko w przypadkach ewidentnej niezgodności z przepisami, a nie co do literalnego brzmienia każdego zdania.
Co jeszcze powinno się zmienić w szkołach, aby biurokracja rzeczywiście została ograniczona do minimum?
Trudne pytanie, szczególnie w zbiurokratyzowanym społeczeństwie i otoczeniu prawnym. Proponuję konkretny podział ról. Minister niech zajmie się podstawą programową, ale szeroką i ramową. Szkoła powinna wypełniać ją treścią i realizować. Rodzice powinni posyłać dzieci do szkoły z pełnym zaufaniem, że placówka wie, co robi. Nad tym wszystkim kurator może pełnić funkcję sprawdzającą, ale nie nadmierną, nie ingerując w to, co ktoś inny robi dobrze. To chyba jednak ideał, a takie nie istnieją, niestety…