Nie miałbym bowiem nic przeciwko, gdybyśmy łożyli z budżetu na edukację naszych dzieci regularnie znacznie więcej. Nie po to, by się tym przechwalać i dobrze wypadać w podobnych zestawieniach na tle Europy. Przede wszystkich dlatego, że to w rękach dzieci, jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało, jest los Polski za 20, 30 czy 50 lat. Od ich wykształcenia i wychowania, od wzorców, które im wpoimy, zależy, czy wezmą kiedyś odpowiedzialność za kraj, czy będą wolały życie na emigracji, gdzie być może wtedy będzie się żyło jeszcze łatwiej.

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Nadto przekonany jestem, że tylko edukacja publiczna zgodnych i dobrych robi obywateli” – mówił już w 1600 r. Jan Zamoyski, kanclerz i hetman wielki koronny. Aby jednak ta publiczna edukacja mogła być efektywna, musi być finansowanie nie tylko na poziomie godnym, ale na znacznie wyższym niż obecnie. Tylko dzięki temu polscy uczniowie zdobędą nie tylko wiedzę książkową, ale również np. dzięki finansowanym dodatkowo ćwiczeniom będą w stanie wykorzystywać ją na co dzień. Jeśli nie będzie brakować pieniędzy na wybitnych, a nie jedynie dobrych nauczycieli języków obcych, nie tylko nauczą się wypełniać testy, dobierając słowa z tabelki, ale biegle mówić na każdy temat. Ale się rozmarzyłem.