Prawie nie goszczą zagranicznych doktorantów, postdoców i profesorów wizytujących, a naukowcy rzadko sięgają po granty europejskie. Przyczyna? Do 2012 r. nasze uczelnie państwowe były dotowane przez budżet w proporcji do liczby kształconych studentów. Były też zobowiązane do prowadzenia badań naukowych, więc odpowiednie ministerstwo żądało opisujących je raportów. Nie musiały przy tym wymagać od pracowników niczego poza uczeniem studentów i pisaniem raportów, więc wielu z nich robiło tylko tyle, a badań nie prowadziło.
Na zachodzie Europy uczelnie konkurują na jakość badań. Odpowiedni resort skrupulatnie ją ocenia i przyznaje dotacje zależne od tej oceny. Panuje więc zgoda, że od pracowników należy egzekwować efektywną pracę naukową, bo dzięki temu uczelnia dostaje więcej pieniędzy. Dlatego podstawową jednostką w Niemczech czy Wielkiej Brytanii jest zespół prowadzony przez profesora, a jedną z podstawowych egzekwowanych od profesora powinności jest pozyskiwanie środków na badania prowadzone przez jego zespół. W Polsce przed 1989 r. upowszechnił się schemat obmyślony przez naukowców radzieckich, w którym podstawowa jednostka uczelni to zakład lub katedra, które łączą się w instytuty, a te w wydziały. Profesorowie będący szeregowymi pracownikami zakładu nie są odpowiedzialni za pozyskiwanie pieniędzy, bo nikt im formalnie nie podlega. Od kierownika zakładu nie da się tego wyegzekwować, bo jest to zwykle zasłużony profesor, od którego egzekwowanie czegokolwiek byłoby nietaktem.