Jednostki kwestionują regulacje dotyczące ich wynagradzania za prowadzenie kursów kwalifikacyjnych, które wprowadziła obowiązująca od 2012 r. reforma kształcenia zawodowego.

– Wyszliśmy na niej jak Zabłocki na mydle. Jej założenia teoretycznie uzyskały nasze poparcie, ale niestety nie poszły za tym środki finansowe – stwierdza Wanda Surosz, pełnomocnik prezesa Związku Zakładów Doskonalenia Zawodowego (ZZDZ).

Liczą się efekty

Reforma kształcenia zawodowego polegała m.in. na zastąpieniu szkół dla dorosłych, które uczą konkretnych profesji (czyli techników czy szkół policealnych), kwalifikacyjnymi kursami.

– Uznaliśmy to za dobry krok w uelastycznianiu form nauczania – wyjaśnia Wanda Surosz.

Ale oprócz zmiany samej formuły kształcenia fachowców rząd zmodyfikował także sposób dotowania placówek, które oferują takie kursy.

Określają je art. 80 ust. 8 oraz art. 90 ust. 8 ustawy o systemie oświaty z 7 września 1991 r. (t.j. Dz.U. z 2004 r. nr 256, poz. 2572 ze zm.). Wynika z nich, że szkoły publiczne nieprowadzone przez jednostki samorządu terytorialnego albo inne placówki niepubliczne oferujące kursy zawodowe otrzymują z budżetu powiatu pieniądze tylko za słuchacza, który zdał egzamin. Wcześniej dostawały je co miesiąc, ale w niższej kwocie (50 proc. dotacji na ucznia, a obecnie 100 proc.).

– Zależność otrzymywania dotacji od zdanego egzaminu nie dotyczy jednak szkół samorządowych – zaznacza Wanda Surosz.

Nowy mechanizm dotowania placówek miał ograniczyć nadużycia. Niektóre z nich np. nie wykreślały odchodzących słuchaczy, aby otrzymywać na nich dotację. Jednak zdaniem ZZDZ świadome działanie ustawodawcy wprowadzające zasadę dofinasowania za efekty jedynie w odniesieniu do szkół niepublicznych oraz prowadzonych przez inne podmioty niż samorząd są niezgodne z duchem konstytucji i ustrojem demokratycznym. Według związku placówki powinny być traktowane według jednakowej miary bez zróżnicowań zarówno dyskredytujących, jak i faworyzujących.

– Dlaczego tylko to na nas ma spoczywać odpowiedzialność za jakość kształcenia? – pyta zbulwersowana Wanda Surosz.

Wbrew równości

Problem ten reprezentanci szkół prywatnych przedstawili już w ubiegłym roku podczas jednego z posiedzeń komisji edukacji, nauki i młodzieży.

– Mimo burzliwej dyskusji Ministerstwo Edukacji Narodowej do tej pory nie podjęło żadnych działań. Dlatego ostatnio wystosowaliśmy list w tej sprawie do pani minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej – wyjaśnia pełn0mocnik prezesa ZZDZ.

W liście do MEN wskazują, że art. 80 ust. 8 oraz art. 90 ust. 8 ustawy o systemie oświaty kłóci się z art. 32 konstytucji. Zgodnie z nim wszyscy mają prawo być równo traktowani przez władze publiczne. Jeśli list nie poskutkuje zmianami w dotowaniu szkół, ZZDZ zapowiada złożenie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego.

– Nieumiejętność resortu oświaty w radzeniu sobie z niektórymi placówkami niepublicznymi nie może być powodem, aby krzywdzić wszystkie podmioty, które działają uczciwie – stwierdza Wanda Surosz.

Tymczasem MEN nie zgadza się z zarzutem niekonstytucyjności. – Zróżnicowanie zasad finansowania działalności szkół prowadzących kwalifikacyjne kursy zawodowe jest dopuszczalne w obowiązującym porządku prawnym i zasadne ze względów merytorycznych – uważa Justyna Sadlak z MEN.

Rezygnują z kursów

Szkoły prywatne przyznają, że nie opłaca im się prowadzić kwalifikacyjnych kursów zawodowych. – Przy zdawalności egzaminów na poziomie 20–30 proc. to się po prostu nie kalkuluje. Dlatego ich nie organizujemy – wyjaśnia Genowefa Springer, dyrektor Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Zielonej Górze.

Szkoła musi bowiem najpierw sfinansować naukę, która liczy np. ok. tysiąca godzin. Oczywiście placówki te mogą pobierać czesne, ale chcąc być konkurencyjnymi na rynku (działa na nim 10 tys. placówek), nie mogą żądać zbyt wysokich stawek. Co więcej, niektóre zastrzegają w umowie, że zwrócą czesne, jeśli uczeń zda egzamin.

Zdaniem ZZDZ zrezygnowanie z przyczyn finansowych z prowadzenia kursów przez placówki niepubliczne może docelowo skutkować ograniczeniem dopływu fachowców do gospodarki.

Inny pogląd na tę kwestię ma Witold Woźniak, wicedyrektor Krajowego Ośrodka Wspierania Edukacji Zawodowej i Ustawicznej.

– Możliwe, że szkoły niepubliczne prowadzą ich mniej. Ale ogólnie odnotowujemy coraz więcej osób zainteresowanych kształceniem w tej formie – potwierdza Woźniak. – Dla przeciętnego Kowalskiego ważne jest to, czy musi płacić za naukę. Z tego powodu decyduje się na kurs w publicznej placówce, stąd wynika również ich mniejsza popularność w szkołach prywatnych – dodaje Woźniak.