Dyplom szkoły wyższej nigdy nie był w Polsce tak powszechny jak dziś. I tak niewiele wart. Ćwierć wieku demokracji przyniosło nam setki nowych placówek i tysiące bezrobotnych legitymujących się tytułem magistra.
Reklama
Kiedy w 1989 r. podczas obrad Okrągłego Stołu przy podstoliku do spraw nauki, oświaty i postępu technicznego ustalano podwaliny przyszłego systemu edukacyjnego, na uczelniach kształciło się niewiele ponad 300 tys. osób. Do szkoły wyższej szedł mniej niż co dziesiąty młody człowiek. Wątpliwości co do tego, że ten stan trzeba zmienić, nie było. Rzeczywistość przerosła jednak wyobrażenia projektantów.
Polska nie tylko dołączyła do zachodnich sąsiadów, lecz także zdążyła przeskoczyć ich pod względem liczby studiujących. W rekordowym roku akademickim 2005/2006 było 1,95 mln żaków, którzy stanowili ok. 40 proc. wszystkich osób w wieku od 19 do 24 lat. Rozbudzone aspiracje edukacyjne młodych Polaków spowodowały nie tylko rozkwit szkolnictwa wyższego, lecz także wiele nieoczekiwanych problemów.
Transformacja ustrojowa przyniosła autonomię uczelniom, które uzyskały prawo m.in. do samodzielnego kształtowania statutu, tworzenia i likwidacji kierunków, ustalania zasad oraz trybu przyjmowania studentów. Rozwiązania z 1989 r. pozwoliły na tworzenie studiów wieczorowych, zaocznych i podyplomowych, a także wyższych szkół niepaństwowych. Na początku roku 2010/2011 funkcjonowało ich już 328 i kształciły one 31,5 proc. wszystkich żaków. Choć jednak nasze szkolnictwo niepubliczne należy do najlepiej rozwiniętych w Europie, sektor powoli zaczyna się zwijać. Niż demograficzny sprawia, że na rynku zostają tylko najlepsze uczelnie. W odwrocie są też studia niestacjonarne w szkołach publicznych.
Niestety eksperci rynku pracy wskazują dziś także, że struktura kształcenia na uczelniach nie pokrywa się z zapotrzebowaniem przedsiębiorców. Jedną z przyczyn może być to, że jako niezamożne społeczeństwo staramy się kształcić studentów jak najtaniej. Taką tezę postawili specjaliści Instytutu Społeczeństwa Wiedzy działającego przy Fundacji Rektorów Polskich. „Istotnie rosła liczba studentów na kierunkach, na których koszt jednostkowy kształcenia nie był wysoki, dzięki czemu nadawały się one do sprzedaży na rynku usług edukacyjnych” – ocenili w jednej z analiz. „W ewolucji liczby studentów w różnych typach szkół, trybach studiów, kierunkach można doszukiwać się przyczyn ekonomicznych – przy niskich nakładach publicznych na edukację na poziomie wyższym, bez trudu daje się dostrzec wpływ ograniczenia budżetowego” – podkreślali. Tezę potwierdzają liczby. W 1990 r. najwięcej osób kształciło się na kierunkach technicznych i związanych z zarządzaniem biznesem. Dwadzieścia lat później – na ekonomicznych i administracyjnych oraz społecznych.
Jeszcze w latach 90. dyplom uczelni był niemalże gwarancją zatrudnienia na dobrym stanowisku. Dwadzieścia lat później przestał nawet chronić przed bezrobociem. Jak pokazują badania przeprowadzone w maju 2014 r. przez firmę doradczą PwC, większość absolwentów uczelni jest rozczarowana konfrontacją swojego wykształcenia z potrzebami rynku pracy. 52 proc. badanych deklaruje, że uczelnia nie przygotowała ich do przyszłej pracy. Przeciwnego zdania jest jedynie 14 proc. Prawie 40 proc. ankietowanych jest zdania, że wybór uczelni nie gwarantuje znalezienia dobrej pracy.
Walka z negatywnymi trendami w szkolnictwie wyższym rozpoczęła się już w połowie ostatniej dekady XX w. Środowisko akademickie zaczęło powoływać komisje akredytacyjne, które miały za zadanie dbać o standardy nauczania. W 1997 r. w ramach Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich podpisano porozumienie na rzecz jakości kształcenia. Na jego mocy powstała Uniwersytecka Komisja Akredytacyjna – z kolei na bazie jej doświadczeń cztery lata później zaczęła działać Państwowa Komisja Akredytacyjna, odpowiedzialna m.in. za wdrażanie postanowień Deklaracji Bolońskiej.
Podpisany w czerwcu 1999 r. dokument miał zbliżyć Polskę do Europy także w kwestii edukacji. Wśród głównych celów było zwiększenie mobilności studentów i pracowników naukowych, promowanie uczenia się przez całe życie, budowanie związku między badaniami naukowymi i kształceniem. Wdrożenie deklaracji pociągnęło za sobą reorganizację kształcenia akademickiego – uczelnie musiały wprowadzić trzystopniowy system studiów (licencjat, magisterium, doktorat), punktować zajęcia według Europejskiego Systemu Transferu i Akumulacji Osiągnięć (ECTS), wprowadzić krajowe ramy kwalifikacji dla szkolnictwa wyższego. W 2012 r. na studiach, których struktura odpowiada założeniom bolońskim, kształciło się 90 proc. wszystkich żaków. Polska stała się krajem atrakcyjnym także dla studentów z zagranicy. Jeszcze w 2003 r. na nasze uniwersytety przyjeżdżało ich 7 tys. W 2013 r. liczba ta wzrosła do 36 tys. Przystąpienie do Deklaracji Bolońskiej otworzyło polskim studentom i pracownikom naukowym drogę do wyższych uczelni z całej Europy. Jak podaje Instytut Badań Edukacyjnych, w roku 2009/2010 nasz kraj w ramach programu Erasmus wysłał za granicę najwięcej pracowników naukowych – aż 2967.
Szkolnictwo wyższe staje jednak przed kolejnymi wyzwaniami. Niż demograficzny i rynek pracy zmuszają akademików do weryfikacji programów kształcenia, a ministerstwo – do zmiany sposobu finansowania placówek, które tracą wpływy od studentów niestacjonarnych. Pomysły już są. Tak jak opór środowiska.