Ekonomia, w odróżnieniu na przykład od fizyki czy chemii, jest nauką, w której przeprowadzanie doświadczeń jest albo niemożliwe, albo bardzo kosztowne. Bo czym innym jest mieszanie odczynników czy uruchomienie przyspieszacza cząstek, a czym innym eksperymentowanie na gospodarce lub społeczeństwie.
Reklama
Eksperymentowali na przykład Lenin i Stalin i wiadomo, jakie były tego koszty. W naukach przyrodniczych można przeprowadzić równolegle kilka eksperymentów i porównać wyniki. W ekonomii nie można równolegle ustanowić na przykład dwóch porządków prawnych i zobaczyć, który lepiej się sprawdza, bo przecież Polska może mieć tylko jedną konstytucję. Ale czasami, w wyjątkowych sytuacjach, takie doświadczenia można przeprowadzić. Robią to na przykład skutecznie Chińczycy, którzy najpierw wdrażają nowe rozwiązania gospodarcze lub finansowe na ograniczonym terenie lub w ograniczonej skali, tak jest na przykład z wymienialnością waluty lub uruchomieniem handlu instrumentami pochodnymi, a jeżeli eksperyment się uda, rozszerzają te rozwiązania na cały kraj. Możliwość eksperymentowania w ekonomii pozwala na radykalne obniżenie kosztów błędnej polityki gospodarczej, a – jak wiemy – te koszty bywają liczone w miliardach złotych czy setkach tysięcy bezrobotnych.
W Polsce właśnie również pojawiła się taka unikalna możliwość rozpoczęcia eksperymentu ekonomicznego, który może być bardzo ważny dla całej gospodarki.
Najważniejszym wyzwaniem dla kraju w najbliższych 20–30 latach będzie nadchodząca katastrofa demograficzna. Ludność Polski szybko się zestarzeje, a potem liczba ludności spadnie, w 2060 r. do 32 mln, a do 2100 r. być może nawet do 16 mln (taka jest prognoza ostrzegawcza ONZ), jeżeli dzietność nie wzrośnie, a nic na to nie wskazuje. Co wtedy stanie się w gospodarce? Jaką politykę prowadzić, żeby sobie poradzić z tym ryzykiem? Na razie nie ma poważnych debat na ten temat, bo polscy politycy nie myślą w takich kategoriach, ich interesują najbliższe wybory. To bardzo niedobrze, a miejscem, w którym można przećwiczyć na małą skalę warianty polityki radzenia sobie z katastrofą demograficzną, jest szkolnictwo wyższe. W tym sektorze liczba klientów – studentów spadnie w ciągu 10–15 lat o prawie połowę, ten proces zresztą już trwa od kilku lat. Uczelnie prywatne padają jak muchy, uczelnie publiczne na razie sobie radzą, obniżając kryteria naboru, przez co przyspieszają agonię sektora prywatnego. Ale za kilka lat wiele uczelni publicznych też wpadnie w poważne kłopoty finansowe. A za 20 lat te same problemy będą dotykały wszystkich sektorów polskiej gospodarki zorientowanych na rynek krajowy, z wyjątkiem producentów trumien, zakładów pogrzebowych i prowadzących domy opieki dla seniorów.
Dlatego obecny kryzys w szkolnictwie wyższym powinien zostać potraktowany jak poligon doświadczalny dla całej polskiej gospodarki. Nie tylko minister nauki i szkolnictwa wyższego, ale cały rząd oraz władze w regionach powinny wspólnie zastanowić się, jak zmienić przepisy, żeby uczelnie wyższe mogły skuteczniej walczyć z tym kryzysem. Jak zmienić system motywacji dla uczelni, żeby szybko i skutecznie podjęły działania, które uchronią sektor przed katastrofą, bo bankructwo 75 proc. uczelni w ciągu dekady można nazwać katastrofą, podobnie jak za 20 lat bankructwo 25 proc. polskich firm z powodów demograficznych będzie gospodarczą hekatombą. Z palety możliwych działań jedno wydaje się szczególnie pożądane, tym bardziej że nie wymaga wydatkowania pieniędzy z budżetu. To ułatwienie polskim uczelniom ekspansji międzynarodowej na przykład przez zmianę zasad udzielania wiz studentom z innych krajów i przez zmianę roli, jaką odgrywają polskie ambasady i konsulaty w krajach, gdzie jest duża populacja młodych ludzi, Chinach, Indiach, Brazylii, niektórych krajach Afryki Subsaharyjskiej. Ale potrzebne są też zmiany w przepisach regulujących działanie wyższych uczelni, na przykład w obszarze e-learningu. Jeżeli ten eksperyment się powiedzie, to będziemy wiedzieli, co robić, gdy demograficzne tsunami uderzy w całą gospodarkę.