Kontakt między promotorem a doktorantem w niczym nie przypomina relacji mistrz-uczeń, z której przecież wywodzi się uniwersytet. Niektórzy profesorowie zamiast wspierać młodych naukowców robią wszystko, aby utrudnić im awans. Przypisują sobie ich sukcesy. Bez wahania podpisują się pod nie swoimi badaniami naukowymi. Tego typu przypadkiem właśnie zajmuje się prokuratura.

Doktorantka zdecydowała się przerwać milczenie. „ Nie może być tak, że moja pracę przywłaszczają sobie inne osoby, bo mają wyższy tytuł i jeszcze dopisują swoich krewnych”. Gdy sprawa wyszła na jaw promotor usiłowała sprawę wyciszyć, ale bezskutecznie. Nie pomogła też próba szantażu. Gdy doktorantka zgłosiła się po zaliczenie pani profesor powiedziała: „Wycofaj skargę i zapominamy o sprawie, jesteś młoda, przed tobą kariera naukowa”. Doktorantka jednak nie posłuchała. Pani profesor wpadała w szał. „Dowiedziałam się, że wykrzywiała na korytarzu, że mnie zniszczy”.

Niby znana historia. Nie od dziś starsi wyręczają się młodszymi. Tylko tyle, że to miało miejsce pod szyldem uniwersytetu. A osoba, której zarzuca się takie postępowania ma tytuł profesora, którego przecież nie przyznaje się osobie pierwszej z rzędu. Niektórzy mówią, że zawinił system. On zachęca do takiego działania. Liczy się przecież nie jakość pracy, ale liczba (publikacji naukowych). Opłaca się, również na uniwersytecie, kierować zasadą po trupach do celu. Zasiedziała kadra profesorska jest pewna, że im nic nie grozi. Chroni ich tytuł, którego nie da się odebrać. Chroni układ kolegów, którzy postępują tak samo. Wawrzyn to także symbol oczyszczenia. Może na nie już czas również na uczelniach?