Kiedy przygotowywałam się do posłania dziecka do pierwszej klasy, przeprowadziłam rozmowy z nauczycielami wychowania wczesnoszkolnego. I zapadła mi w pamięć jedna rzecz, którą wszyscy powtarzali: coraz więcej obecnych dzieci ma dwie lewe ręce. Idą do szkoły, a nie umieją wiązać butów. Nie wiedzą, jak się posługiwać nie tylko nożem, lecz także mają kłopoty z widelcem. Nie umieją wycinać. I mają słabe dłonie, na tyle słabe, że w połowie lekcji trzeba przerwać pisanie, bo narzekają, że bolą ich nadgarstki i palce.
Zdaniem nauczycieli powód jest prosty: coraz więcej rzeczy za dzieci robią rodzice lub opiekunki. Kiedyś dzieci pomagały w kuchni, np. kroiły warzywa na sałatkę czy wyrabiały ciasto, prały drobne rzeczy, a to wzmacniało ręce. Teraz nie robią prawie nic. W efekcie mają problemy w szkole. Tak jest w dużych miastach. I co ciekawe, jest to szczególnie wyraźnie w szkołach prywatnych.
Jednak nie jest to syndrom tylko polski. To kłopot, z którym borykają się także nasi południowi sąsiedzi. Jak piszą dziennikarze „Mladej Fronty Dnes”, z roku na rok rośnie u nich liczba dzieciaków, które pomimo osiągnięcia wieku szkolnego (tornistry zakładają 6-latki) nie umieją rozpoznawać kolorów, trzymać prawidłowo ołówków, spuszczać wody w toalecie, nie mówiąc o wspomnianym wiązaniu butów.