Jak pisaliśmy wczoraj w DGP, część uczelni zdecydowała się na zmniejszenie liczby miejsc na kierunkach zamawianych (matematycznych, przyrodniczych i technicznych), których absolwenci są potrzebni na rynku pracy. W tym roku nie otrzymają pieniędzy na finansowanie zachęt do podejmowania tych studiów (np. stypendiów motywacyjnych). Dlatego wycofują się z ich prowadzenia z obawy przed brakiem zainteresowania wśród kandydatów na studia. To zła informacja dla pracodawców, bo poszukują oni przede wszystkim takich specjalistów.

– Obecnie firmy rekrutują głównie absolwentów po kierunkach technicznych, informatycznych czy finansowych. Po innych studiach, np. humanistycznych, trudniej jest znaleźć pracę i osoby, które je ukończyły, często stają się bezrobotne – uważa Wioletta Żukowska, ekspert rynku pracy Pracodawców RP.

Szkoły wyższe jednak zamiast zwiększać nabór na kierunki, których potrzebuje rynek pracy, decydują się na otwarcie np. indologii (Uniwersytet Śląski w Katowicach), kultury filmowej, komunikacji wizerunkowej czy dziedzictwa kultury materialnej (Uniwersytet Wrocławski).

– To jest zupełnie niezrozumiałe z punktu widzenia potrzeb pracodawców. Nie wiem, gdzie te osoby mają znaleźć zatrudnienie – komentuje Wioletta Żukowska.

Jej zdaniem to działania marketingowe uczelni, które chcą zwiększyć ofertę swoich studiów i zainteresować nią potencjalnych studentów. Zdaniem Kazimierza Sedlaka, właściciela firmy Sedlak & Sedlak, na trudne, ścisłe kierunki brakuje kandydatów.

– Niektóre uczelnie wolą kształcić na fakultetach, które przynoszą im zysk, bo chętnie wybierają je maturzyści, niż na tych, których potrzebuje gospodarka – mówi Wioletta Żukowska.

Profesor Mieczysław Kabaj, ekspert do spraw rynku pracy z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, wyjaśnia, że łatwiej i taniej jest uczelni prowadzić wykłady, niż organizować staże i praktyki na kierunku technicznym.

– Byłem zdumiony, że niektórych rektorów, z którymi rozmawiałem, nie interesują losy absolwentów, m.in. to, ile znajduje pracę po studiach – uważa prof. Mieczysław Kabaj.

Ale takie działanie wkrótce odbije się na uczelniach.

– Do 2020 r. liczba osób miedzy 19. a 24. rokiem życia spadnie o milion. Zmniejszy się liczba potencjalnych studentów. Dlatego tylko te szkoły wyższe, które dobrze kształcą, uchronią się przed likwidacją – uważa prof. Mieczysław Kabaj.

Jednak zdaniem Kazimierza Sedlaka brakuje rzetelnej informacji na ten temat, dlatego często po uzyskaniu dyplomu szkoły wyższej absolwenci są rozczarowani, że trudno im znaleźć pracę.

– Młody człowiek ma prawo wybrać takie studia, jakie chce, ale zanim się na nie zdecyduje, powinien wiedzieć, jakie ma szanse zatrudnienia po ich ukończeniu oraz jak kształtują się zarobki w wybranym zawodzie. Przykładowo warto, aby wiedział, że pensja informatyka wynosi 6 tys. zł, a humanisty zaledwie 2,5 tys. zł – mówi Kazimierz Sedlak.