Do felietonów przychodzą polemiki. Według jednych pieniędzy od państwa jest w sam raz, według innych za mało. Jedni uważają, że innowacje powinno pobudzać państwo, inni, że biznes. Ktoś wytyka uczonym marazm, ci odpowiadają, że za summum naukowego dorobku wydane w potężnym dziele dostają tyle, ile za kilka felietonów do gazet. Debatom o nauce towarzyszą emocje porównywalne do dyskusji o aborcji.

Jak każdy problem tak i ten wygląda inaczej, gdy patrzy się na niego z góry, niż gdy przygląda mu się z bliska. Np. dlaczego naukowcy nie publikują w uznanych światowych czasopismach? Bo nie mają dorobku – to łatwa odpowiedź. Ale jak można zarzucać im brak dorobku, skoro nakłady na polskie uczelnie są nawet dziesięciokrotnie niższe niż w krajach, z których uczeni szczycą się artykułami w pismach ze szczytu listy filadelfijskiej?

Teraz my pytamy, dlaczego polskie uczelnie nie zarobią same pieniędzy, wykonując badania na zamówienie różnych instytucji i firm. Czasy ku temu są wymarzone, biznes potrzebuje innowacji (znowu to słowo, powtarzane na okrągło), pole do zarabiania na pracy intelektu, a co za tym idzie do rozwoju nauki, jest ogromne. Tylko, jak już pisali nasi felietoniści, biznes nie umie współpracować z uczelniami i wzajemnie. To dwa światy, które nie umieją się przeniknąć, znaleźć wspólnego języka i metod współpracy. Jednak oba te światy są na siebie skazane, ich przedstawiciele o tym wiedzą i co jakiś czas formułują tę potrzebę na łamach DGP. Wiedzą, że czas wyjść ze schematów paprotek i garniturów, że biznes musi być mądrzejszy, a uczelnie przedsiębiorcze. Tylko nie wiadomo, jak wiedzę przekuć w działanie. Prawdopodobnie przed nami jeszcze wiele odcinków tej długiej, ale potrzebnej debaty.