Pierwsza przyczyna tej dramatycznej sytuacji to opisywane wielokrotnie, ale bez żadnego skutku wysokie pozapłacowe koszty pracy. W Polsce, żeby zapłacić pracownikowi do ręki 3 tys. zł, pracodawca musi wyłożyć 5 tys. zł. To najbardziej uderza w młodych ludzi. Pracodawcy bowiem przekonani są, że młodzi zwyczajnie nie są warci tych pieniędzy, a czasem wręcz uważają, że kompletnie nieprzygotowany do wykonywania zadań pracownik właściwie im powinien płacić za naukę zawodu.

I tutaj dochodzimy do drugiej przyczyny wysokiego bezrobocia wśród młodych, a mianowicie systemu edukacji. Polska oczywiście nie jest tu wyjątkiem, biznes wszędzie narzeka na przygotowanie absolwentów do pracy, ale mam wrażenie, że u nas sytuacja jest wyjątkowo dramatyczna. Panuje ogólna opinia, że wykształcenie zdobywa się dla wykształcenia, a nie po to, żeby dostać dobrą i dobrze płatną pracę. Wykształcenie dla pracy – to „neoliberalny darwinizm”, jak usłyszałem od jednego z postępowych profesorów.

Jakość tego wykształcenia jest dramatyczna i jak słusznie zauważył ostatnio prof. Jan Hartman, jest to często wykształcenie fikcyjne. Ctrl + V & Ctrl + P + Wikipedia. Przekonuje się o tym bardzo szybko każdy pracodawca. Brutalna prawda jest taka, że przytłaczająca większość „magistrów” nie umie nic lub prawie nic.

Świat zachodni, a w szczególności Europa, wpadł we własne wnyki. Rozpoczął się zupełnie irracjonalny wyścig na tzw. wskaźnik scholaryzacji, czyli procent ludności, który ma wyższe wykształcenie. Licytacja trwa na okrągło i, zdaje się, w zamierzeniu sił postępu ma doprowadzić do tego, że wyższe wykształcenie ma mieć chyba 99,99 proc. ludności. W Stanach Zjednoczonych przed wprowadzeniem obowiązku szkolnego 98 proc. dzieci chodziło do szkół. Mimo to dla tych 2 proc. stworzono publiczny system edukacji i towarzyszącą mu gigantyczną biurokrację szkolną. Tutaj z tym 0,01 proc. osobników bez „wyższego wykształcenia” może być podobnie.

Według różnych badań zdolność do abstrakcyjnego myślenia na poziomie potrzebnym do zdobycia solidnego wyższego wykształcenia ma około 5 proc. populacji i właśnie te 5 proc. powinno kończyć studia. Innym jest ono do niczego niepotrzebne, chyba że do frustracji, bo mając dyplom wyższej uczelni, albo muszą pracować na zmywaku, albo w ogóle nikt ich nie chce zatrudnić, nawet na czarno.

Dodatkowo w Polsce zniszczono szkoły zawodowe i technika, wprowadzając system podobny do amerykańskiego, bez kompletnego zrozumienia istoty tego systemu – jak on funkcjonuje i czemu służy.

W USA Bachelor’s degree (u nas „licencjat”) to nic innego jak szkoła zawodowa. Na tym poziomie studiów w zasadzie w ogóle nie uczy się teorii. Uczy się, że aby urządzenie poprawnie działało, to kabelek trzeba podłączyć z punktu A do punktu B. W efekcie po ukończeniu tego etapu studiów absolwent jest dobrze przygotowanym do pracy fachowcem.

Jeśli natomiast jest bardzo zainteresowany, dlaczego „kiedy podłączy się kabelek z punktu A do punktu B”, to urządzenie działa, może sobie pójść na Master’s degree (studia magisterskie). Tam mu to wytłumaczą, bo tam dopiero pojawia się teoria. Jest to jednak swego rodzaju fanaberia lub chęć zarabiania bardzo dużych pieniędzy na wyższych stanowiskach. Dla orłów. Rynek pracy dla Master’s degree jest znacznie bardziej płytki niż dla Bachelor’s degree.

U nas niestety – zarówno na studiach licencjackich, jak i magisterskich – jest na ogół wyłącznie teoria, bo elementy praktyczne według postępowych profesorów to „neoliberalny darwinizm” i w ogóle liczą się tylko czysta nauka i badania podstawowe. Jakiekolwiek praktyczne badania dla biznesu są „poniżej godności” postępowej profesury. Nie wiem, czy z braku talentu, czy z czystej głupoty.

Tak czy inaczej – jeśli nie obniżymy w Polsce pozapłacowych kosztów pracy oraz nie wprowadzimy elementarnego zdrowego rozsądku do edukacji, przytoczone na wstępie cyfry będą tylko „rosły, rosły, rosły, a bezrobocie będzie kołatać się u nóg”.