Wszyscy, albo już prawie wszyscy, poza twardym elektoratem PiS, postawili krzyżyk na Przemysławie Czarnku, nowym ministrze edukacji i nauki. I podkreślają, że to będzie kolejny najgorszy minister edukacji. A przecież takie określenie wcześniej było już zarezerwowane dla Anny Zalewskiej, a jeszcze wcześniej – Romana Giertycha.
Nowy minister poglądy ma wyraziste i dla wielu kontrowersyjne, a od szefa tak dużego resortu wymaga się więcej pracy merytorycznej, a mniej polityki. Dlatego, odwołując się do biblijnego cytatu, uważam, że po owocach go poznamy. Dlatego nie przekreślam tej nominacji i mam nadzieję, że nie będzie to kolejny minister, który tylko mówi o zastąpieniu Karty nauczyciela nowym aktem prawnym. A takimi obietnicami zasłynął Dariusz Piontkowski, ustępujący szef MEN. Był on zwolennikiem ewolucji – czytaj: niekończących się posiedzeń zespołów, hektolitrów wypitych kaw, wielu wariantów i dyskusji do końca kadencji. Nie udało mu się nawet doprowadzić do uchwalenia nowelizacji, która zmieniłaby kilka przepisów w zakresie postępowania dyscyplinarnego nauczycieli. Deklarował też, że na przełomie czerwca będzie projekt nowej ustawy o zawodzie nauczyciela. Na „szczęście” pojawiła się pandemia i dzięki tej wymówce można było bez tych zmian dojechać do końca kadencji. Zwłaszcza że w ostatnim roku przed wyborami nie przeprowadza się takich rewolucji.
Mam nadzieję, że nowy minister nie pójdzie tą drogą i nie będzie się sugerował opiniami obecnych wiceministrów, którzy też są hamulcowymi, chcącymi spokojnie siedzieć za ministerialnymi biurkami. A tu trzeba działać i to szybko, bo za chwilę samorządy nie będą mieć pieniędzy na pensje dla pracowników oświaty. Jeszcze przed dekadą żaden samorządowiec nie chciałby oddawać subwencji oświatowej, dzięki której mógł np. zaciągać większe zobowiązania. A dziś sytuacja się odwróciła i lokalni włodarze wolą, aby to rząd przejął wynagradzanie nauczycieli i płacił je bezpośrednio z budżetu. Nie chcą jeszcze więcej niż zwykle dokładać do oświaty.
Przemysław Czarnek powiedział już, że nauczyciele będą mogli liczyć na kolejne podwyżki. To jednak czysty populizm i mam nadzieję, że ta wypowiedź była na potrzebę chwili i wygaszenia emocji. Zgadzam się, że nauczyciele powinni zarabiać więcej, ale tylko ci zaangażowani i najlepsi. Już dziś przecież wielu z nich pracuje na półtora etatu i całkiem nieźle zarabia. A to oznacza, że w ciągu tygodnia mają 27 lekcji po 45 minut, a nie 18 na gołym etacie. Trzeba więc skończyć z tymi dziwacznymi przywilejami z Karty nauczyciela, które chronią tylko słabych, a nie premiują zaangażowanych i dobrze wykształconych. Jeśli tym się zajmie nowy minister, to wróci etos nauczyciela i szacunek do tego zawodu, bo – na wzór krajów zachodnich – będą do niego trafiać tylko najlepsi z najlepszych, a ci, którzy się do niego nie nadają, znajdą się za burtą. I gorąco będę dopingował, aby minister Czarnek udowodnił sceptykom, że głęboko się mylili.