Lekkie tornistry, ciepłe posiłki, małe klasy – pomysłów w kampanii wyborczej pojawia się wiele. Dla żadnej partii oświata nie stała się jednak priorytetem.

Pierwszy września po likwidacji gimnazjów miał być gorzkim sprawdzianem dla rządzących. W części szkół nadal brakuje nauczycieli, samorządy nie mają pieniędzy, by rekrutować nowych, zaś efekty wejścia do liceów podwójnego rocznika będą odczuwalne jeszcze przez kilka lat. – Ale politycy stracili już zainteresowanie tym tematem – przyznaje prof. Kazimierz Przyszczypkowski z Uniwersytetu w Poznaniu.

E-tornister, mniejsze klasy albo ciepły posiłek dla każdego ucznia – to proponują kandydaci w wyborach. Zasadniczych zmian w strukturze edukacji nie przewidują, bo samorządy, nauczyciele, uczniowie i ich rodzice są już nimi zmęczeni. W efekcie przyjęto zasadę: ciszej nad tą trumną. Partie musiały jedynie ustosunkować się do podwyżek dla nauczycieli: PSL oferuje pensje finansowane z budżetu MEN, a nie z samorządów, oraz podwyżkę w wysokości 1 tys. zł. Tyle samo obiecuje Platforma, która deklaruje, że będzie płacić również za zajęcia ponad pensum. Lewica też chce dać więcej pedagogom, a PiS podkreśla, że już dał, i chce ich głównie szkolić. Jedynie Konfederacja zgłasza pomysł, który gruntownie przebudowałby system: prywatyzację edukacji i wprowadzenie bonu szkolnego tak, by pieniądze szły za dzieckiem.