Nie od dziś wiadomo, że największą siłą i argumentem związków zawodowych jest zdolność mobilizowania obywateli do uczestnictwa w protestach. Im więcej osób związek jest w stanie wyprowadzić na ulicę, tym bardziej musi się z nim liczyć rząd. Szczególnie w obecnych czasach, gdy decyzje rządzących najczęściej poprzedzane są badaniami opinii społecznej.
Polskie związki z tą zdolnością mają problem. Ich słabość nie wynika z niskiej i wciąż spadającej liczby członków – do związków należy obecnie ok. 5 proc. dorosłych Polaków, podczas gdy w 1991 r. odsetek ten wynosił 19 proc. We Francji zrzeszonych jest jeszcze mniej pracowników, ale tamtejsze centrale są w stanie zorganizować protesty, które paraliżują cały kraj.
Rewolucyjne zmiany w ustawie o związkach zawodowych. Sprawdź, kto na nich skorzysta
Trwający strajk nauczycieli ukazał jeszcze smutniejszą prawdę – polskie związki nie są nawet w stanie w pełni wykorzystać sytuacji, gdy dana grupa zawodowa sama jest zdeterminowana do podjęcia masowych protestów, gdy pracownicy są już pod ścianą i chcą wyjść na ulicę. Decyzja Solidarności o nieprzystąpieniu do nauczycielskiego protestu, apele do członków o niesolidaryzowanie się z ZNP (a nawet zapowiedź konsekwencji dla tych organizacji członkowskich centrali, które przyłączą się do strajku) ogranicza najsilniejszy argument protestujących – zdolność mobilizacyjną. A jednocześnie umożliwia rządowi twierdzenie, że część związkowców zawarła porozumienie i spór kontynuują już tylko ci pazerni i nieodpowiedzialni.
Reklama
Ten brak jedności to już nadwiślański trend. Każda branża, grupa zawodowa, związek zawodowy walczy nie tylko z pracodawcą, ale często także przeciwko innemu związkowi lub w sprzeczności z interesami innych grup zawodowych. Gdy Solidarność chciała wolnych niedziel dla pracowników handlu, odrzucała pomysł, aby zamiast wolnego dla jednej branży wprowadzić dwie wolne niedziele w miesiącu dla wszystkich pracowników, na czym skorzystaliby też zatrudnieni np. w przemyśle, edukacji, usługach. Jednocześnie konkurencyjna OPZZ proponowała, aby praca w niedziele była możliwa, ale za wyższe stawki, choć było jasne, że taki pomysł nie ma szans na uchwalenie. Gdy zrzeszeni w FZZ policjanci rozpoczęli protest poprzez nadużywanie zwolnień lekarskich, Solidarność uznała takie działanie za karygodne. Związki były też podzielone w sprawie ubiegłorocznego strajku w PLL LOT.
Z punktu widzenia całego ruchu związkowego protest nauczycieli jest jednak szczególny. W tym przypadku ewidentna niesolidarność związkowców nie wynika bowiem z historycznych animozji, różnic ideologicznych lub konkurencji o członków. Jej przyczyną jest sojusz Solidarności z rządem. Przez ostatnie trzy lata przyniósł on tej pierwszej ewidentne korzyści. Po latach ignorowania przez poprzednią ekipę związek zyskał realny wpływ na prawo pracy i warunki zatrudnienia (m.in. obniżono wiek emerytalny, wprowadzono wspomniany zakaz handlu w niedzielę i minimalną stawkę godzinową). Ale sojuszniczy rząd wystawił teraz Solidarności rachunek. Ceną za przyjmowanie propracowniczych ustaw jest uległość w sytuacji niekorzystnego dla władzy sporu społecznego. Czyli w praktyce wiarygodność związku. Niełatwo będzie teraz władzom Solidarności przekonać struktury na dole, że warto zapłacić taką cenę w zamian za wpływ na rząd. Ale jeszcze trudniej będzie odbudować jedność ruchu związkowego. A bez niej zdolność mobilizowania do protestów – a więc siła reprezentacji pracowniczej – zostanie jeszcze bardziej ograniczona.