Jutro w zależności od szkoły egzaminy gimnazjalne zaczną się lub nie. Za tydzień mają się odbyć egzaminy ósmoklasistów. Dla tych uczniów to moment, który będzie punktem zwrotnym w ich życiu. Może decydować o tym, czy dostaną się do wymarzonej szkoły. To z kolei może zależeć od tego, czy same egzaminy oszczędzą im stresu. Warto, by wiedzieli, kiedy mogą je zdawać i by zdawali wszyscy w tym samym terminie. Mnie również na tym zależy – jako ojcu szykującej się do egzaminu gimnazjalistki.
Dlatego, by szanse wszystkich zdających były równe, najlepiej, by rząd i strajkujący nauczyciele się porozumieli. Co wydaje się nierealne. Więc może choć jest możliwe zawieszenie broni i zatrzymanie protestów na czas egzaminów? Jeśli na sprawdzianach dojdzie do zakłóceń, rodzice będą obwiniać i strajkujących, i rząd. Stracą obie strony sporu. A najbardziej stratni będą uczniowie.
Zawieszenie protestu to rozsądne wyjście z sytuacji, w której nie widać dobrych rozwiązań. Jeśli wygra rząd, znaczna część nauczycieli będzie czuła się złamana i rozgoryczona. Jeśli wygrają nauczyciele, zakonserwujemy stan obecny, co też nie jest pożądane.
Choć kampania wyborcza sprzyja zabieganiu o własne postulaty, to, jak widać, jest też złym okresem do rozsądnego rozmawiania, jak powinna wyglądać polska szkoła.
Reklama
Gdyby nawet spełnić postulaty ZNP, to problemy oświaty nie zostaną rozwiązane. Szkoła będzie kształcić jak dotąd, postawy programowe będą przeładowane, nauczyciele nadal będą uczyć rzeczy nieprzydatnych, a nie tych niezbędnych. Jak pokazał raport opisywany niedawno przez Klarę Klinger w DGP, szkoła będzie wypuszczać uczniów mających problem z działaniem zespołowym, kreatywnym myśleniem, za to dysponujących rozległą powierzchowną wiedzą. Raport przynosił jeszcze jedną obserwację: że jakość jest związana z płacą.
Wszystkie wnioski powinny być przedmiotem refleksji, łącznie z płacowym, ale decyzje nie powinny być podejmowane teraz. Dotyczy to też zaproponowanego przez rząd sposobu wynagradzania. Sam pomysł jest wart dyskusji. Tyle że sposób jego podania nauczycielom i opinii publicznej sugerował, że chodzi o negocjacyjną zagrywkę, a nie poważną ofertę. Bo z góry można było przewidzieć, że związki nauczycielskie powiedzą „nie”, a rząd odpowie: „nie chodzi im o podwyżki, ale o strajk”.
Najlepsza oferta dla wszystkich: „podwyżki za reformę”. Ale nie jako kolejna część serialu: w jakim wieku do pierwszej klasy albo osiem klas czy gimnazja, tylko zmiana tego, czego uczą pedagodzy. Powinna polegać na odchudzeniu programów, a tego dziś najbardziej boją się dydaktycy i szefowie MEN. Boją się zarzutów, że doprowadzili do tego, że Polska szkoła zacznie wypuszczać bałwanów. Tymczasem wieloletnie dopychanie programów kolanem prowadzi do tego, że jesteśmy tego celu coraz bliżej. A daleko od tego, by uczniowie umieli razem pracować czy nie mieli problemu z wejściem w dorosłe życie, funkcjonowaniem w świecie przedsiębiorczości, ZUS czy w pracy.
Scenariuszem maksimum byłaby spokojna dyskusja wszystkich politycznych sił, nauczycieli, ekspertów edukacyjnych na temat tego, czym powinna być polska szkoła i co powinien umieć młody człowiek, który ją opuszcza. W moich czasach szkolnych modny był slogan aktualny do dziś, że szkoła powinna uczyć myśleć, a nie kazać bezmyślnie wkuwać. Życie pokazuje, iż żeby myśleć, trzeba czasem wcześniej trochę wkuć. Więc taka debata powinna pokazać, gdzie dobrze opłacani nauczyciele mają taką granicę wytyczać.