Jeśli da się dzieciom wolność wyboru przedmiotów, którymi są zainteresowane, to one mogą przegapić inne, potencjalnie równie fascynujące tematy
MAGAZYN DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Dyskusja na temat systemu edukacyjnego trwa od lat. W Polsce w związku z ciągłymi zmianami raz po raz wraca pytanie, jak powinna wyglądać szkoła. Pan porównywał różne modele, zatem który system edukacyjny jest najlepszy?

Reklama
W swoich badaniach skupiam się na tym, jak funkcjonuje dany system edukacyjny na „swoim podwórku”, to znaczy, jak się sprawdza w konkretnym w kraju. W danym kontekście historycznym, kulturowym, jak sobie z nim radzą uczniowie. Robimy międzynarodowe analizy i porównania po to, by każdy mógł popatrzeć na swój system z pewnej perspektywy. Ocenić jego dobre i złe strony. Jednak sięganie po poszczególne rozwiązania z innych systemów i próba ich wdrażania u siebie nie jest dobrym pomysłem. To nie jest takie proste. Powinniśmy jedynie analizować, jak działa system w danym środowisku, i czerpać pewne wskazówki.
W jaki sposób można ocenić, czy system jest dobry i skuteczny?
Istnieją trzy kryteria, według których można ocenić efektywność modelu edukacyjnego. Po pierwsze, osiągnięcia naukowe; po drugie, powszechny dostęp do nauki; po trzecie, stosunek uczniów do nauki – czyli czy lubią swoją szkołę, czy nauka sprawia im przyjemność. Modele, jak to osiągnąć, mogą być różne.
Ale są z pewnością systemy, które można uznać za wzorcowe.
Na pewno system edukacyjny w Finlandii. Ale wcale nie ten dzisiejszy, tylko ten z lat 60. i 70. Drugim pewnym tropem jest sposób nauki m.in. matematyki w Szanghaju. Wyniki, które tam osiągają uczniowie, są niezwykle wysokie.
Azjatycki model edukacji wydaje się bardzo restrykcyjny. Czy spełnia to kryterium „przyjemności z nauki”?
Uczniowie w Japonii czy Korei Południowej osiągają bardzo wysokie wyniki w nauce, ale element stresu jest też bardzo wysoki. To jest kłopot. Jednak już w Singapurze poziom zadowolenia jest o wiele większy i idzie w parze z dobrymi efektami. Także w Szanghaju zastosowano interesujące rozwiązania, które nie pozbawiały uczniów radości. Jeśli spojrzymy na te modele pedagogiczne i stosowane metody, zobaczymy, że Europa ma wiele do nadrobienia.
Jaki był azjatycki klucz do sukcesu?
Wszystko odbywało się niby w bardzo tradycyjny sposób. 45-minutowe lekcje matematyki, jedna albo dwie dziennie. Nauczyciel najpierw objaśniał materiał, wszystko zapisując na tablicy, dzięki czemu jeśli ktoś się zgubił, mógł z tych zapisków prześledzić tok rozumowania. A po wykładzie odbywała się ożywiona dyskusja. Podstawową zasadą – która moim zdaniem zapewniła temu systemowi sukces – było to, że żaden uczeń nie mógł zostać w tyle. Nauczyciel nie pozwalał na zaległości. W trakcie dyskusji oceniał, kto i z czym ma problemy, a potem mógł udzielić konkretnego wsparcia. Słabsi uczniowie dostawali dodatkowe materiały, objaśnienia, pomoc w domu i szkole. Dzięki temu do następnej lekcji uczniowie przystępowali z mniej więcej jednakowym poziomem wiedzy, a zaległości się nie pogłębiały. Taka sama idea przyświecała zmianom w fińskim systemie w latach 70. – wprowadzenie powszechnej edukacji wiązało się także z tym, by nie dzielić uczniów na lepszych i gorszych. Kolejną istotną sprawą było to, że wszyscy uczyli się tego samego, według jednej podstawy programowej.
W powszechnej opinii to dzisiejszy system edukacyjny w Finlandii traktowany jest jako modelowy.
To błędne przekonanie. Finlandia stoi teraz przed różnymi wyzwaniami, bo ich wyniki w ostatniej dekadzie, mierzone w międzynarodowych testach PISA – sprawdzających m.in. wiedzę oraz stosunek uczniów do szkoły – spadły. W 2000 r. Finlandia była w edukacyjnej czołówce. Wielu dziennikarzy i naukowców jeździło tam wtedy, żeby przekonać się, jak wygląda przepis na sukces. Ale zadawali złe pytania. Interesowało ich, jaka jest fińska szkoła, a powinni pytać: co zrobiliście, żeby osiągnąć takie wyniki? Z moich analiz wnioskuję, że był to właśnie efekt zmian wprowadzanych od lat 70. – przejścia od systemu selektywnego do powszechnej edukacji.
Selektywnego?
Wcześniej edukacja nie była powszechna, a uczniowie byli szybko dzieleni ze względu na uzdolnienia. Od kiedy zapadła decyzja polityczna, że każde dziecko ma równe prawa i każdy może zdobyć takie samo wykształcenie, zmienił się cały sposób myślenia. Nowa idea była wprowadzana na wszystkich poziomach: każda szkoła, każdy nauczyciel, każdy kurator musieli dostosować się do powszechnych zasad. Istotną rolę w tym procesie odegrały podręczniki, każdemu uczniowi dające ten sam pakiet wiedzy, ważne były również spójne materiały dla nauczycieli oraz sposób oceniania. Wiele wysiłku włożono również w to, aby dobrze wykształcić nauczycieli i przygotować ich do pracy w szkole. Edukacja dla każdego jest taka sama, bezpłatna – od lekcji przez transport i jedzenie w szkole po dodatkowe zajęcia – i wyrównująca poziom. Każdy może liczyć na darmowe wsparcie nauczyciela i kładzie się bardzo silny nacisk na równość, dlatego w systemie wszystkie szkoły powinny prezentować taki sam poziom.
W opiniach o fińskim systemie często powraca motyw braku prac domowych i krótkiego czasu poświęconego na naukę.
To mit. To nie jest charakterystyka fińskiego systemu, a w każdym razie nie są to cechy modelu edukacyjnego, które spowodowały, że Finowie odnieśli sukces.
W polskiej szkole praca domowa stanowi jeden z podstawowych elementów edukacji. Wciąż budzi to gorące debaty.
Niektórzy badacze są przekonani, że prace domowe nic nie dają. I można znaleźć badania, które pokazują, że rzeczywiście zadania domowe nie spełniają swojej funkcji. Nic bardziej błędnego. Problem polega wyłącznie na tym, że wiele prac domowych jest źle skonstruowanych. I wtedy faktycznie nie spełniają swojej funkcji. Uważam, że kluczowe jest to, żeby zachęcać uczniów do myślenia także poza szkołą o tym, czego się nauczyli. Fakty są takie, że bez dodatkowego czasu poświęconego na pisanie, myślenie, przerabianie materiału znanego z lekcji nie ma możliwości osiągnięcia wysokich wyników. W Finlandii jednym z elementów edukacji było to, że dzieci dyskutowały w domu z rodzicami o wiedzy zdobytej w szkole. Czy to jest praca domowa? To kwestia definicji. W Singapurze, Szanghaju i Hongkongu prace domowe są niesamowicie dobrze dobrane do materiału, który był przerabiany w szkole. W Szanghaju, kiedy słuchaliśmy lekcji, a potem zaglądaliśmy do ćwiczeń, które dzieci miały później przerobić, od razu było widać, że chodzi o to, by uczniowie umieli wykorzystać swoją wiedzę w konstruktywny sposób, umieli posłużyć się zdobytymi wiadomościami w nowych sytuacjach.
Wielu uczniom to się kojarzy z nudnym powtarzaniem.
Zadania powinny być tak skonstruowane, żeby dziecko odczuwało radość, lecz także żeby to było wyzwanie przynoszące satysfakcję z wykorzystania zdobytej wiedzy. Określa się to jako „inteligent practice” – zadania, które pozornie mogą wyglądać na „mechaniczne powtarzanie”, są tak dobrane, że poszerzają wiedzę, umiejętności. Zmuszają do wysiłku intelektualnego. Oczywiście trzeba też zapamiętać pewien materiał, bez tego nie da się uczyć. Trzeba znać zasady gramatyki czy kierunek przepływu prądu.
Chwaląc system fiński, mówi się o odejściu od nauki podzielonej na klasyczne przedmioty.
To prawda, że wprowadzana jest nowa eksperymentalna metoda. Został położny nacisk na to, żeby uczniowie wzięli na siebie większą odpowiedzialność za to, czego się uczą. Około 20 proc. zajęć – nie wszystkie, jak mówią niektórzy – ma polegać na nauczaniu międzyprzedmiotowym, przygotowanym przez zespoły nauczycieli. Jaki będzie rezultat, dowiemy się dopiero za kilka, kilkanaście lat. Potencjalny problem z tym modelem polega na tym, że gdy da się dzieciom wolność wyboru przedmiotów, którymi są zainteresowane, to one mogą przegapić inne, potencjalnie równie fascynujące tematy. Poza tym w naukach ścisłych jest wiele idei, które są trudne i tylko dzięki nauczycielowi uczniowie mogą je zrozumieć. Pewne pojęcia i zasady stoją w sprzeczności z praktyką życiową, dla wielu dzieci są one bardzo abstrakcyjne, wręcz nienaturalne, bo przeczące ich codziennemu doświadczeniu. Celem jest to, żeby stały się dostępne i zrozumiałe dla każdego, a nie żeby je wyeliminować z edukacji.
Obok prac domowych kolejnym tematem, który wzbudza emocje, są oceny. Sposób oceniania niejako narzuca myślenie o edukacji. Może dzielić na gorszych i lepszych.
Należy przede wszystkim spytać, jaki jest cel oceniania. Ta sprawa powinna być bardzo jasno zdefiniowana. Wiadomo, że chodzi o podsumowanie osiągnięć ucznia. Tylko jak tę wiedzę potem wykorzystać? Ocena powinna być sygnałem, czy coś złego się dzieje, czy pojawiają się problemy, czy ktoś nie nadąża z materiałem. To powinna być wiadomość dla nauczyciela, że musi pomóc uczniowi, że być może powinien zmienić sposób przekazu. Najlepiej sprawdza się ocena kształtująca, która pozwala – dzięki dobrze dobranym pytaniom – szybko i precyzyjnie zdiagnozować, z jakimi trudnościami boryka się uczeń, z czym sobie dobrze radzi. Nauczyciel podkreśla, co uczeń dobrze zrobił, daje wskazówki, w czym może się poprawić. Służy temu, żeby dziecko sobie uświadomiło, co zrobiło dobrze, a co źle. Angażuje ucznia. To rodzaj informacji zwrotnej, a nie „oceniania”.
Dzieci mają różne umiejętności. Ktoś jest lepszy w matematyce, ktoś inny w sporcie. Jak ocenić wysiłek, który muszą włożyć, żeby osiągnąć podobny efekt?
Na pierwszym etapie edukacji nauczyciele powinni być bardzo skupieni na tym, by każdy miał takie same szanse. Żeby nikt nie miał łatki złego ucznia, który nic nie umie. Na późniejszych etapach można wymagać więcej. Przekaz powinien być taki: jak będziesz się uczył, dostaniesz dobrą ocenę, ale my ci w tym pomożemy. A nie: w tym jesteś zły. I można wówczas również oceniać wysiłek, który uczeń wkłada w naukę.
A właściwie dlaczego nie pozwolić na tworzenie elity, zakładanie szkół dla najlepszych uczniów? Nie każdy ma takie same umiejętności.
To jest pewna decyzja polityczno-społeczna. Jeżeli chcemy osiągnąć edukację, mierzoną wskaźnikami, o których wspominałem na początku: wysoki poziom, równość i radość, to właśnie taki system jest w stanie to zapewnić. Trzeba tylko pilnować, żeby każdy miał szansę zakończyć edukację z podobnym potencjałem i zasobami. To jest zresztą myśl przewodnia azjatyckich systemów – każde dziecko może nauczyć się wszystkiego, ale wiele zależy od tego, jak mu zostanie ta wiedza podana i ile wysiłku zostanie włożone, żeby to zrozumiało.
A jaki jest w ogóle cel edukacji? Czy ma wykształcić osobę, która posiada wiedzę, kreatywnego indywidualistę, czy też kogoś, kto umie ciągle się uczyć?
To znów jest pewien koncept, idea, co do której musi być pewna zgoda społeczna. Ale w tych systemach, które są mierzone wskaźnikami, o których już mówiłem, trzeba zachować balans między pobudzaniem kreatywności, umiejętnościami i zdobywaną wiedzą. To jest oczywiście to główne wyzwanie edukacji.
W Polsce uważa się, że szkoła zabija kreatywność, bo kładzie nacisk głównie na wkuwanie.
Bez dobrze ugruntowanej wiedzy nie ma szansy na kreatywność.