statystyki

Wszystko co chcielibyście wiedzieć o naprotechnologii, ale boicie się zapytać

autor: Klara Klinger30.01.2016, 11:00; Aktualizacja: 30.01.2016, 11:41
naprotechnologia

Brak nadzoru medycznego, brak dowodów naukowych, a także podnoszenie przestarzałych metod do rangi odkrycia oraz wskazywanie tej metody jako alternatywy dla in vitro – to główne zarzuty wobec naprotechnologii. źródło: ShutterStock

Ministerstwo Zdrowia rezygnuje z refundowania zabiegów in vitro i chce finansować tylko diagnostykę niepłodności. To zdaniem ekspertów nic innego jak napro-technologia. Część samorządów rozważa też finansowanie tej metody z własnego budżetu. Takie decyzje budzą jednak duże kontrowersje.

reklama


reklama


Jest śluz – mąż wieczorem nalepia w karcie białą nalepkę, jeżeli dzieje się to w dni płodne – widnieje na niej bobas. Nie ma śluzu – nalepka jest zielona. Jest jeszcze czerwona, to czas krwawienia. W karcie z dniami tygodnia pojawiają się też literki i cyfry na oznaczenie rozciągliwości, długości czy koloru śluzu. Jest też miejsce na uwagi.

Dlaczego mąż? Żeby wspierał partnerkę i lepiej ją poznał. Obserwacja optymalnie powinna trwać rok, ale może i krócej. Przez pierwszy miesiąc zero seksu. Potem już zależy to od decyzji małżonków, czy chcą próbować w dni płodne. Po kilku miesiącach kartę się pokazuje lekarzowi. Jest tak wystandaryzowana, aby ją mógł analizować zarówno lekarz ze Stanów, jak i ten w Polsce. Jest tylko jeden warunek: to nie może być byle jaki medyk – musi być certyfikowanym naprotechnologiem. Ponieważ metoda Creightona, polegająca głównie na obserwacji śluzu, to jedno z narzędzi metody o zastrzeżonej nazwie NaproTechnology®, mającej leczyć niepłodność zgodnie z zasadami nauk kościelnych. A wspomniane certyfikaty nadaje Instytut Pawła VI w Nebrasce po ukończeniu odpłatnego kursu.

Metoda powstała ponad 30 lat temu w Ameryce i jest skrótem od Natural Procreative Technology. Zasada jest prosta: dzięki wnikliwej, często wieloletniej, obserwacji działania organizmu kobiety eksperci – we współpracy ze starającym się o dziecko małżeństwem – mogą ustalić idealny moment współżycia, choć metoda nie wyklucza także środków farmakologicznych i interwencji chirurgicznych.

Według opowieści nie byłoby nic, gdyby młody ginekolog Thomas W. Hilgers nie zachwycił się encykliką papieską „Humanae vitae” (Życie ludzkie). To go zmotywowało do szukania jak najbardziej naturalnego sposobu leczenia niepłodności. W 1985 r. założył Instytut Pawła VI, nazywając go na cześć autora encykliki. Teraz, już jako profesor, jest guru w tym środowisku, autorem kilkudziesięciu książek, a przede wszystkim 1250-stronicowej biblii naprotechnologii, według której musi przebiegać terapia. O jakość ma dbać – założona również przez niego – Akademia Profesjonalistów Ochrony Płodności. Akademia nie tylko nadzoruje instytut, lecz także akredytuje certyfikowanych przezeń lekarzy i instruktorów. Koło się zamyka, wszystko kręci się wokół jednej osoby. Innych możliwości zapoznania się z naprotechnologią nie ma.


Pozostało jeszcze 88% treści
Aby zobaczyć cały artykuł, zaloguj się lub wykup dostęp
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

reklama

  • ??????(2016-01-30 13:20) Odpowiedz 10

    No to broszki na stół, lupy w dłoń i badamy ! Tylko co badac jak to mąż nie może ?

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

reklama