Powołując do życia w 2009 roku Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych, rząd zarzekał się: rozwiążemy problem ludzi uzależnionych od zakładów i gier, pomożemy ich rodzinom. Bo poker i ruletka są jak wódka i narkotyki – społeczeństwo trzeba z nich wyleczyć. Okazało się, że leczyć nie ma kogo. W 2011 roku FRPH wydał na walkę z uzależnieniem od hazardu całe 89 tys. zł, podczas gdy jego budżet wyniósł w tym czasie 22,3 mln zł.

Fundusz powołała uchwalona w 2009 roku w ekspresowym tempie ustawa hazardowa (była ona efektem afery, w której Zbigniew Chlebowski z PO lobbował za zmianami korzystnymi dla branży hazardowej. Skarb Państwa straciłby na nich 500 mln zł). Miliony nałogowych hazardzistów, jakimi straszyli nas terapeuci i rząd, miały być argumentem do zaostrzenia prawa. Gry i losy Totalizatora Sportowego obłożono 3-proc. podatkiem, z którego wpływy miały być przeznaczane na walkę z problemem. Ale tuż po tym, jak fundusz zaczął działać, okazało się, że ma poważne kłopoty z wydawaniem uzbieranych w ten sposób pieniędzy. Bo resort zdrowia, któremu podlega, spóźnił się z wydaniem rozporządzenia regulującego jego działalność.

Dokument pojawił się dopiero w grudniu 2010 roku. Ale i on nie poprawił skuteczności działania FRPH. Najwyższa Izba Kontroli, która dokładnie przyjrzała się funduszowi, w raporcie na ten temat opisała sprawę jednoznacznie: „Wątpliwa jest zasadność istnienia funduszu, z uwagi na fakt, że osoby dotknięte patologicznym hazardem mają już dostęp do opieki medycznej i terapeutycznej. Ponadto nie przeprowadzono analiz, które pozwoliłyby oszacować wielkość populacji zagrożonej uzależnieniem od hazardu i innymi uzależnieniami niestanowiącymi uzależnienia od substancji psychoaktywnych”.

– Trzeci rok mija, a ja niczyja – uszczypliwie komentuje sprawę Bogdan Piecha, szef sejmowej komisji zdrowia. I podsumowuje działalność funduszu: – Był piarowską przykrywką do szybkiego trybu nowelizacji ustawy hazardowej i niestety teraz to widać. A najgorsze jest to, że środków w nim uzbieranych nie można przesunąć na inne działania, choćby na realny problem walki z uzależnieniem alkoholowym czy narkotykowym.

Trzeba jednak przyznać, że pod koniec 2011 roku tempo wydawania środków przez FRPH nieco przyspieszyło. W listopadzie zorganizowano konkurs, w którym do wydania było 13,5 mln zł. Tyle że nie było na nie chętnych – rozdysponowano jedynie 2,7 mln zł. W maju tego roku udało się wydać kolejne 2,3 mln zł, które otrzymały fundacje, stowarzyszenia, ośrodki profilaktyki i centra terapii. Problem w tym, że w rzeczywistości tylko połowa tych środków trafiła na wsparcie terapii stacjonarnych lub ambulatoryjnych. Reszta to granty na: organizację szkoleń dla pracowników kasyn, konferencję naukową, przegląd aktualnego stanu wiedzy na temat hazardowego nałogu czy opracowanie narzędzi naukowych do... zbadania skali tego problemu w Polsce. Innymi słowy, najpierw powołano fundusz, a następnie za jego własne pieniądze postanowiono zbadać, czy jego istnienie ma w ogóle sens.

Aby wydać pieniądze leżące na kontach FRPH, już w ubiegłym roku zdecydowano o rozszerzeniu katalogu uzależnień, których leczenie może być z nich finansowane. I tak większość z instytucji, która uzyskała dotacje zajmuje się tzw. uzależnieniami behawioralnymi. – Naprawdę patologicznego hazardzistę do tej pory leczyliśmy tylko raz – przyznaje Marek Grądas, kierownik poradni profilaktyki uzależnień Monar w Łodzi. Dodaje, że nałogowi hazardziści stanowią promil pacjentów jego placówki.

Co na to Ministerstwo Zdrowia? Nie wiadomo, bo nie odpowiedziało na nasze pytania. Może już myśli, jak zreorganizować fundusz.

KOMENTARZ PRAWNY

Bartosz Andruszaniec, Kancelaria Allen & Overy, A. Pędzich

Raport Najwyższej Izby Kontroli zawiera jednoznacznie negatywną ocenę działalności funduszu. Jego powołania nie poprzedzono analizą, która pozwoliłaby oszacować wielkość populacji zagrożonej uzależnieniem od hazardu. Konsekwencją było przeszacowanie środków, jakimi fundusz powinien dysponować. Rozbieżności są drastyczne: koszty finansowania leczenia uzależnień wyniosły w ubiegłym roku niewiele ponad 2 mln zł, podczas gdy – według planu – wydatki funduszu na ten cel miały w tym czasie stanowić ponad dziesięciokrotność tej kwoty. Dane te każą wątpić, czy przygotowanie obecnej ustawy o grach hazardowych było faktycznie poprzedzone rzetelną analizą zagrożeń w sferze takich gier. Nasuwa się pytanie, czy środki użyte przez polskiego ustawodawcę zdają test proporcjonalności. W wyroku przeciwko Grecji ETS uznał, że restrykcyjne greckie ustawodawstwo hazardowe nie spełniało warunku proporcjonalności, gdyż Grecja nie wykazała, iż wykorzystała wszelkie inne środki mogące prowadzić do osiągnięcia tego samego celu, jednakże przy użyciu mniej restrykcyjnych metod. Jeśli w analogicznym postępowaniu przeciwko Polsce wykazano by, że państwo polskie nie przeanalizowało skali problemów hazardowych i wprowadziło bardzo restrykcyjną ustawę, której treść nie jest uzasadniona celami, jakie państwo zamierzało osiągnąć, jej przeciwnicy mieliby w ręku przekonujący argument za jej sprzecznością z prawem wspólnotowym.