Koronerzy działają już dziś przy niektórych samorządach. Jak szacuje Ministerstwo Zdrowia na podstawie danych GUS, rocznie dotyczyłoby to 20 tys. osób, które zmarły w innym miejscu niż szpital, zakład leczniczy albo dom. Planowana wysokość finansowania na to zadanie to 19 mln zł. Projekt jest w konsultacjach wewnętrznych.

Obecnie obowiązują przepisy z początku lat 60., przez które rodziny w żałobie są czasem odsyłane od placówki do placówki, nie mogąc znaleźć osoby, która mogłaby stwierdzić zgon. Kartę zgonu powinien wystawić lekarz, u którego chory leczył się w ostatnich 30 dniach. Ale część chorych w tym czasie się nie leczyła albo zgon nastąpił w innym mieście. – Są też osoby, które nigdzie nie były zapisane albo lekarz nie miał z nimi kontaktu – wylicza Magdalena Kicińska-Krogulska, która pełni funkcję koronera na zlecenie miasta Łodzi.

Koroner jeździ również do zmarłych bezdomnych oraz osób, których tożsamości nie da się zidentyfikować. Jak często? – Średnia tygodniowa to 10 wyjazdów, ale pamiętam i taki zimowy, mroźny tydzień, w którym miałam 35 zgonów do potwierdzenia – wylicza Kicińska. – Komórkę mam cały czas przy sobie – opowiada. Pracuje na zmianę z kolegą. Razem obsługują ok. 500 zgonów rocznie. Za ich pracę płaci miasto. Lekarka dostaje 2600 zł miesięcznie.

Ministerstwo chce poszerzyć ten lokalny system na cały kraj. Za poprzedniej kadencji też próbowano wprowadzić nowe rozwiązania, ale bezskutecznie. – Zdarza się, że rodzina, nie mogąc ustalić, kto ma stwierdzić zgon, wzywa karetkę i udaje, że zmarły jeszcze żyje – mówi Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich. Takich wątpliwych sytuacji jest o wiele więcej. Na przykład, gdy jest podejrzenie popełnienia przestępstwa. Samorządowcy spodziewają się, że niedługo będą mogli zaopiniować projekt.

Propozycja podoba się lekarzom rodzinnym. – W sytuacji gdy ktoś umiera na ulicy, często nie wiadomo, kto ma wystawić kartę zgonu. W praktyce bierze się tego, kto jest pod ręką, albo pogotowie, ale wtedy trudno w karcie zgonu wpisać jego przyczynę, bo dla lekarza jest to całkiem nieznana osoba – mówi szef Porozumienia Zielonogórskiego Jacek Krajewski. Lekarz rodzinny ma wiedzę o chorobach przewlekłych czy przebytych przez chorego urazach i operacjach. Lekarze za wystawienie karty zgonu nie otrzymują dodatkowego wynagrodzenia.

O zmianę przepisów apelował rzecznik praw obywatelskich. RPO ostatnio interweniował w sprawie, w której policja i pogotowie odjechały, zostawiając zmarłego 80-latka pod bazyliką w Katowicach. Powód? Ratownicy nie mogą wystawić karty zgonu. Prezydent Katowic poinformował RPO, że miasto nie ma osoby wyznaczonej do stwierdzania zgonu zmarłych w granicach aglomeracji w sytuacjach, gdy nie ma zobowiązanego do tego lekarza.

Dlatego ministerstwo chce, żeby możliwość potwierdzania zgonu mieli także ratownicy oraz pielęgniarki po przeszkoleniu. Teraz takiej możliwości nie mają, choć często się zdarza, że to przy nich dochodzi do śmierci. Dlatego medycy z pogotowia nie chcą przyjeżdżać do zmarłych i odsyłają do lekarzy rodzinnych, a ci odmawiają wydawania kart zgonu w nocy, bo pracują od 8 do 18. I nie mogą, mając umowę z NFZ, opuścić tych godzin pracy. – Gdyby wprowadzono zmianę, lekarz mógłby wystawić kartę zgonu na podstawie jego stwierdzenia przez inną uprawnioną osobę, bez konieczności jazdy do prosektorium. Byłoby to znaczne ułatwienie – mówi Krajewski.

Karta to istotny dokument. Bez niej bliscy zmarłego nie mogą dokonać pochówku. Jak mówi DGP jeden z byłych urzędników Ministerstwa Zdrowia, który pracował nad zmianami, spotkał się z przypadkami, w których firmy pogrzebowe miały nieformalne umowy z lekarzami zaocznie wystawiającymi karty zgonu, jeśli medyk, który przyjedzie do zmarłego w domu, stwierdzi śmierć, ale – co się zdarza – odmówi wypełnienia dokumentu. Firmy skorzystały z przepisu, że lekarz może wystawić kartę zgonu na podstawie dokumentacji badania pośmiertnego przeprowadzonego przez innego medyka.

Przedsiębiorstwa pogrzebowe oficjalnie zaprzeczają, żeby zawierały takie umowy. – Może w mniejszych miejscowościach tak jest – mówi przedstawiciel jednego z zakładów ze stolicy. Brak jednoznacznych przepisów powoduje również, że dane o przyczynach śmierci w Polsce są skąpe. Światowa Organizacja Zdrowia usunęła Polskę z analiz porównujących przyczyny umieralności, bo w niemal jednej trzeciej przypadków podaje się przyczynę nieznaną.

Problemem mogą być pieniądze, które miałyby pochodzić z budżetu. Ministerstwo Finansów niechętnie przygląda się propozycjom zmian. Rozmowy w tej sprawie trwają.

Może się też pojawić kłopot z naborem koronerów. – Szukaliśmy w Łodzi trzeciej osoby, bo dwoje to za mało. Ale chętnego nie znaleźliśmy – opowiada Kicińska. – Do takiej pracy trzeba mieć specyficzną osobowość, nie brzydzić się jej. Ja jestem psychiatrą, a kolega zajmuje się medycyną sądową, więc jest przyzwyczajony. Ale nie każdy lekarz jest do tego predystynowany – podsumowuje nasza rozmówczyni.