statystyki

Choroba to nie tylko strach. Czasem pacjentki mówią, że to dobrze, że zachorowały na raka [WYWIAD]

autor: Klara Klinger21.04.2017, 18:30; Aktualizacja: 21.04.2017, 18:41
choroba, rak, onkologia

Choroba to nie tylko strachźródło: ShutterStock

Bywa, że zmienia życie, daje szansę, by spojrzeć na nie jeszcze raz, zrozumieć, co jest ważne – czasem pacjentki mówią mi, że to dobrze, że zachorowały na raka - mówi DGP Izabela Lemańska, onkolog z CO w Warszawie.

Reklama


Pamięta pani wszystkich swoich pacjentów?

Oczywiście, że tak. Niektóre historie zapadają w pamięć na dłużej, ale zawsze się zastanawiam, co się dzieje z moimi chorymi. Chcę wiedzieć, jak się czują, czy żyją. Często pacjenci sami mnie odwiedzają i opowiadają, jak im jest. Lubię to, dzięki temu wiem, czy udało mi się im pomóc. Rak piersi to choroba przewlekła, więc z niektórymi chorymi widuję się latami, przywiązujemy się do siebie. Bywa i tak, że rodziny zapraszają mnie na pogrzeb.

Idzie pani wtedy?

Nie, to byłoby ponad moje siły. Muszę czasem zamknąć drzwi, odciąć się od tych historii.

Widziała pani wiele dramatów: matki opuszczające dzieci, odchodzących rodziców. Mimo długotrwałej terapii chorzy umierają. Można się zahartować?

Jest wręcz odwrotnie. Z wiekiem coraz bardziej wszystko przeżywamy – rozmawiałyśmy o tym ostatnio z koleżankami. Może stałyśmy się bardziej sentymentalne, a może życie uczy pokory? Kiedy zaczynałam 25 lat temu, trzymałam się procedur, podchodziłam do wszystkiego bardzo medycznie, praktycznie. Teraz wiem, że nie wszystko da się przewidzieć.

Co zmieniło się przez te lata w podejściu do onkologii?

Rak jest bardziej oswojony, a pacjentki są coraz bardziej wyedukowane. Kiedyś na Zachodzie rozpoznawano 75 proc. nowotworów we wczesnym stadium, a w Polsce taki odsetek dotyczył chorób wykrywanych bardzo późno. Teraz ta tendencja się zmienia, ale powoli.

Ktoś mi kiedyś opowiadał, że 20 lat temu spotkał w poczekalni kobietę z plasterkiem na piersi. Pod spodem był guz, który przebił skórę. Ona smarowała ranę jodyną i zalepiała, ukrywając przed mężem.

Każdy z lekarzy miał takie przypadki. Różne są powody tak późnego zgłaszania się do szpitala. Ja nie osądzam takich pacjentek. Przyczyną najczęściej jest strach. Nawet jeśli osoba jest wykształcona, boi się usłyszeć, że ma raka. Woli odsuwać to w czasie, zalepić ranę plastrem, przeczekać. Brzmi to nieracjonalnie, ale tak jest. Miałam pielęgniarkę z tak zaawansowaną chorobą.

Trudno uwierzyć.

Trafiały mi się pacjentki, które miały na ciele kilkunastokilogramowe narośle. Musiały to ukrywać przed rodziną, tak jak robi to ze swoją chorobą narkoman czy osoba z problemem alkoholowym. Pytałam kiedyś męża pacjentki, która przyjechała do nas na noszach: widać było jej żebra, ale szyi już nie miała, taki był na niej wielki naciek, dlaczego nie reagowali wcześniej. Jego żona ukrywała chorobę przez kilkanaście lat – tyle czasu minęło od wykrycia guzka do doprowadzenia się do takiego stanu. Rozwój choroby nowotworowej przebiegał u niej powoli, a ta kobieta już wszędzie miała przerzuty. Więc musiała sama sobie robić przez wiele lat pranie mózgu...

Udało się ją uratować?

To jedna z tych sytuacji, w które aż trudno uwierzyć – udało się ją wyprowadzić na prostą, zaleczyć, zlikwidować narośle. Żyła jeszcze 10 lat, przeżyła nawet męża. Ale to jego pytałam wówczas, jak to się stało. A on mi mówił, że żona chodziła do kościoła. I czekali, co będzie. Ciekawe, że kiedy już zaczęła się leczyć, stała się bardzo sumienną pacjentką, pamiętam, jak biegała po szpitalu, żeby pytać, w jakich dawkach brać potas. Najgorsze jest jednak to, że nadal spotykam takie kobiety jak ona. Niedawno zgłosiła się do nas taka pacjentka. 20 kg narośli na piersi. Zawołali mnie, a ja im na to, że nie chcę już „wąchać”, są młodsi lekarze. Niech się tym zajmą.

Jak to „wąchać”?

Dosłownie. Kiedy ktoś taki dźwiga gnijące ciało, zapach nie należy do najprzyjemniejszych. Nie wiem, jak znosi to pacjent, ale dla lekarzy – choć jesteśmy przyzwyczajeni do różnych rzeczy – też nie jest to komfortowe przeżycie. Ostatecznie zaopiekowałam się tą chorą. Potem pytałam jej, dlaczego trafiła do nas tak późno. Podkreślałam, że jej nie oceniam. Chciałam po prostu zrozumieć, o co chodzi. A ona powiedziała mi, że chciała umrzeć, dlatego postanowiła, że nie będzie się leczyć. Kłopot polega na tym, że na raka, a już zwłaszcza raka piersi, nie da się umrzeć tak łatwo.

Więc musiała przyjść do szpitala?

Tak, nie dawała już rady. Po roku terapii doprowadziliśmy do tego, że nie miała wznowy. Wszystko się pięknie zagoiło. Pacjentka poczuła fizyczną ulgę, kiedy pozbyła się tych 20 kg, jakość życia zmieniła się nie do poznania. Kilka tygodni temu zaczęła się czuć gorzej. Natychmiast zorganizowałam jej wszystkie badania, przede wszystkim tomograf, bo bolała ją głowa. Bałam się, że to przerzuty. A okazało się, że to tylko torbiel. Niewielka, niezłośliwa, ale uciska wewnątrz na czwartą komorę. Trzeba otworzyć czaszkę i wyciąć zmianę, bo inaczej nie mogę dalej jej leczyć onkologicznie. I nadal nie mogę w to uwierzyć, ale pacjentka odmówiła.


Pozostało jeszcze 70% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

Reklama