Zwłaszcza że polscy kierowcy są czuli na każdą zmianę przepisów. Łatwiej przełkną uchylenie konstytucji niż podwyższenie mandatów o 50 zł czy wprowadzenie nowego podatku w paliwie. Jednak jeśli naprawdę zależy nam na poprawie bezpieczeństwa na drogach, to niestety niepopularne decyzje podejmować trzeba. Na przykład te dotyczące kierowców seniorów.

Nie dalej jak miesiąc temu pewna 81-latka wjechała pod prąd na obwodnicę Trójmiasta. To samo zrobiła 85-latka na S3 w okolicach Zielonej Góry. Cudem udało się uniknąć wypadku, np. takiego jak w grudniu, gdy na tej samej drodze pod prąd jechał 93-letni kierowca (dał zajęcie nie tylko okolicznym blacharzom, ale niestety również lekarzom). Zdarza się, że staruszek za kierownicą stwarza poważne zagrożenie nie tylko wtedy, gdy nie orientuje się w skomplikowanych wielopoziomowych skrzyżowaniach, ale nawet przy... parkowaniu. Jak 92-latek, który podczas tego prostego manewru w Warszawie potrącił dwie kobiety.

Żeby było jasne – jest wielu seniorów, którzy jeżdżą bezpiecznie i uważnie, lecz przytoczone przykłady odzwierciedlają niestety niekorzystny trend. Liczba wypadków powodowanych przez kierowców 65+ systematycznie rośnie. W 2014 r. było ich 2403, a w 2017 r. już 2831. Nie wynika to z tego, że seniorzy zaczęli jeździć gorzej. Po prostu jest ich coraz więcej. I będzie, bo jako społeczeństwo szybko się starzejemy.

Niestety dopóki leciwy kierowca nie spowoduje realnego zagrożenia, policja nie ma podstaw, by wysłać go na badania, żeby lekarz sprawdził, czy powinien prowadzić auto. A samoświadomych kierujących, którzy z uwagi na wiek, pogarszający się stan zdrowia czy przyjmowanie leków osłabiających percepcję sami rezygnują z prowadzenia pojazdów, nie jest tak dużo.

Pomimo tego rząd, zarówno ten, jak i poprzednie, jak ognia unika tematu obowiązkowych cyklicznych badań, które po ukończeniu pewnego wieku powinni przechodzić kierujący. Kolejni ministrowie zachowują się jak Halina Kunicka, która by chciała, ale się boi. Lepiej poczekać, aż takie przepisy zostaną uchwalone na szczeblu unijnym (co jest raczej kwestią czasu). Wtedy problem sam się rozwiąże.

Poza tym, po co drażnić suwerena i działać prewencyjnie, skoro nikt tego nie doceni? W cenie zawsze było i jest nadal odgrywanie roli strażaka. Brutalna prawda jest taka, że niepopularne przepisy można zaproponować tylko w jednej sytuacji – nazajutrz po krwawym wypadku spowodowanym przez jakiegoś 80-latka. Wówczas nagle powstaje oczekiwanie, by „rząd wreszcie rozwiązał problem”. Nie najlepiej to świadczy o politykach. Ale o nas, jako społeczeństwie, chyba jeszcze gorzej.