Resort transportu zamierza ograniczyć prawo samorządów do posługiwania się fotoradarami. W zamyśle ministra Sławomira Nowaka jedyną instytucją zajmującą się walką z piratami drogowymi w ten sposób powinien być Główny Inspektorat Transportu Drogowego.

– W opinii ministerstwa działania niektórych straży miejskich w obszarze instalowania i używania fotoradarów mogą być niezrozumiałe dla opinii publicznej oraz przyczyniać się do podważania zasadniczego celu użycia fotoradarów, jakim jest walka z osobami nieprzestrzegającymi zasad bezpieczeństwa ruchu drogowego – mówi nam rzecznik resortu transportu Mikołaj Karpiński.

W ministerstwie trwa analiza aktów prawnych pod kątem doprecyzowania i zmian przepisów wykonawczych, z których korzystają straże gminne przy ustawianiu używanych przez siebie urządzeń. Intencją MT jest zmuszenie samorządów do mierzenia prędkości w miejscach faktycznych zagrożeń na drodze.

Zapowiedzi ograniczenia zysków samorządów z polowania na kierowców budzą oczywiście obawy samorządowców pozbawianych pewnych i łatwych zysków.

– Większość gminnych fotoradarów ustawiana jest poprawnie. Nikt nie ukrywa, że dla nas to źródło dochodów, za które możemy poprawić bezpieczeństwo na drogach. Państwo w kwestii fotoradarów jest jednak niewydolne i łatwiej jest powiedzieć, że samorządy działają nieetycznie, i zabronić nam wykorzystywać nasze urządzenia – mówi Leszek Kuliński, wójt 10-tysięcznej Kobylnicy, gminy, która na mandatach zarobiła w zeszłym roku 6 mln zł.

Resort transportu nadzoruje obecnie jedynie GITD, który stawia urządzenia fotoradarowe w konsultacji z policją oraz jednostkami badającymi bezpieczeństwo ruchu drogowego. Jak zapewnia ministerstwo, stają one tylko tam, gdzie faktycznie jest niebezpiecznie i gdzie należy w ten sposób ograniczać brawurę kierowców.

– Być może powoli zmierzamy do tego, by całą sieć fotoradarów przejął GITD i by stworzyć wokół tego otoczkę przyzwolenia społecznego. Pytanie, czy takie rozwiązanie byłoby efektywne na drogach lokalnych – zastanawia się Tomasz Biełooki, komendant straży gminnej w Dygowie (woj. zachodniopomorskie).

Przedstawiciele lokalnych władz i podległych im straży gminnych bronią się przed zapowiedziami rządu zmian w przepisach dotyczących radarów. – Straże kierują pieniądze z fotoradarów do samorządów, a stamtąd kierowane są przecież na poprawę bezpieczeństwa ruchu drogowego – mówi Tomasz Biełooki, komendant straży gminnej w Dygowie (woj. zachodniopomorskie). Dodaje, że zanim strażnicy ustawią radar, konieczne jest przejście wszystkich procedur.

– Najpierw konsultujemy się z komendą policji w tej sprawie, projekt opiniuje zarządca drogi, a miejsce jest oznakowane znakiem D-51 z tabliczką informacyjną, na jakim odcinku dokonywany jest pomiar – tłumaczy. Choć sami lokalni włodarze przyznają, że pewne wypaczenia się zdarzają. 

Fiskus chce w tym roku zarobić na mandatach aż 1,5 mld zł

– Sam w jednej z gmin zostałem sfotografowany przez urządzenie ukryte pod jakąś plandeką – przyznaje wójt Kobylnicy Leszek Kuliński. To właśnie o jego gminie, a także o Białym Borze i Człuchowie, było w zeszłym roku najgłośniej, gdy media okrzyknęły je terenami łowieckimi, na których poluje się na kierowców. Wszystkie gminy na mandatach zarabiają rocznie po kilka milionów złotych i jest to jedna z najważniejszych pozycji w ich budżetach.

Kobylnica zarobiła w zeszłym roku na mandatach ok. 6 mln zł przy budżecie na poziomie ok. 50 mln zł. Ale władze gminy przekonują, że pieniądze idą na słuszny cel. – Dzięki fotoradarom wybudowałem 24 kilometry dróg przez ostatnich 5 lat.

Jesteśmy rozliczani z naszych wydatków, dwa razy w roku składamy raport do wojewody – mówi wójt. Dodaje, że średnie kwoty mandatów są mniejsze niż kiedyś, a to najlepszy dowód na to, że fotoradary przyniosły pożądany efekt – kierowcy zdjęli nogę z gazu.

Samorządowcy niespecjalnie obawiają się spadku przychodów z fotoradarów w przypadku, gdyby rząd chciał w jakiś sposób zapewnić sobie większą kontrolę nad poczynaniami strażników gminnych. Przecież wszystko odbywa się zgodnie z prawem – twierdzą.

Sen z powiek spędza im obawa, że rząd być może chce scentralizować w swoich rękach (a konkretnie Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego) zarządzanie siecią wszystkich fotoradarów w Polsce. W końcu fiskus chce w tym roku zarobić na mandatach aż 1,5 mld zł.

O komentarz w sprawie poprosiliśmy GITD. Usłyszeliśmy jednak, że na tym etapie nikt z inspekcji nie chce się wypowiadać na temat planów ministra transportu. Ale wśród inspektorów nieoficjalnie da się usłyszeć, że to „jedyne sensowne rozwiązanie”.

Obecnie inspekcja liczy ponad 700 pracowników. Przynajmniej jedna trzecia z nich odpowiada za nadzór nad systemem e-myta (opłaty za korzystanie z dróg przez ciężarówki). Oznacza to, że gdyby GITD miało przejąć gminne fotoradary, znacznie trzeba byłoby zwiększyć stan zatrudnienia i budżet inspekcji, by skutecznie zarządzać siecią ponad 600 radarów (375 urządzeń należących do GITD i ponad 230 straży gminnych).

Ale nawet bez tego GITD pozostaje jedną z najszybciej rozwijanych instytucji państwowych – jej budżet wzrósł z niecałych 20 mln zł w 2011 r. do ponad 150 mln zł w roku ubiegłym.