Leczenie miodem zatrucia ołowiem czy pomiar brzucha ciężarnych jako profilaktyka cukrzycy – to niektóre z programów, które otrzymały w ostatnich latach negatywną opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT). To jednostka która bierze pod lupę projekty zdrowotne finansowane przez samorządy. I ocenia, czy mają podstawy naukowe, ale także czy problem epidemiologiczny jest istotny, a zaproponowana metoda efektywna. Generalnie opiniuje, czy samorząd sensownie wydaje pieniądze.

Zazwyczaj jednak programy zdrowotne mają racjonalne podstawy – chodzi w nich np. o dofinansowanie szczepień czy profilaktykę, wykrywanie, terapię i leczenie wybranych chorób, które nie są finansowane z NFZ, a samorząd chce te usługi zaoferować swoim mieszkańcom.

Z danych zebranych przez Marka Wójcika, eksperta Związku Miast Polskich, wynika, że w ubiegłym roku niemal 40 proc. lokalnych programów zdrowotnych dotyczyło szczepień (HPV, rotawirusy, pneumokoki itp.). Kolejne 43 proc. związanych było z profilaktyką, badaniami przesiewowymi, wczesnym wykrywaniem, terapią i leczeniem (choroby nowotworowe, stomatologia dzieci, walka z otyłością i cukrzycą). Nieco ponad 5 proc. to programy z zakresu rehabilitacji leczniczej (głównie seniorów), a pozostałe 12 proc. to tzw. inne programy.

By je wprowadzić, samorząd musi zapytać o ocenę AOTMiT, ale to, co zrobi później, zależy tylko od niego. Zmienić to ma nowelizacja ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych (t.j. Dz.U. z 2016 r. poz. 1793 ze zm.), autorstwa PiS. Wprowadza ona zasadę, że bez pozytywnej opinii AOTMiT samorząd nie będzie mógł ruszyć z własnym programem. Jeżeli to zrobi, może się narazić na naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Część się nie słucha

Obecnie podejście samorządów jest bardzo zróżnicowane. W Legnicy, mimo że AOTMiT zarzucił, że program profilaktyki raka prostaty jest zbyt ogólnikowy, został on wprowadzony. Miasto wyda na niego 15 tys. zł. Eksperci agencji wyliczali, że niepoprawnie zostały w nim sformułowane cele, brakuje mierników efektywności oraz że nie wiadomo, jak będą mierzone efekty.

Podobnie postąpiło województwo mazowieckie – uruchomiło program naprotechnologiczny (metoda leczenia niepłodności oparta na naturalnych sposobach planowania rodziny, dopuszczonych przez kościół), mimo że agencja uznała, że brak jest podstaw merytorycznych do jego prowadzenia. – Ustawa nie zabrania finansować ze środków publicznych programu polityki zdrowotnej, który otrzymał negatywną opinię AOTMiT – tłumaczy Marta Milewska, rzeczniczka województwa. Na program jest przeznaczone 300 tys. zł. Podobnie mówią urzędnicy Kędzierzyna-Koźla, który wprowadził program profilaktyki i wczesnego wykrywania zatrucia benzenem. – To tylko opinia – słyszymy. Agencji nie podobało się, że brakuje wskazań, do kogo są skierowane badania, że nie jest jasne, jak ma być mierzona efektywność, nie mówiąc o ewaluacji. Miasto przeznaczyło na ten cel 55 tys. zł.

Jednak nie wszyscy tak robią: Białystok wycofał się po negatywnej opinii z naprotechnologii, a gmina Piecki (woj. warmińsko-mazurskie) z programu „Zdrowie dobrem życia”. W tym ostatnim eksperci uznali, że „brak opisu kluczowych elementów programu”, zarzucali również „chaotyczne i hasłowe treści, które uniemożliwiają weryfikację ich poprawności”, a także „brak celu głównego”.

Z danych AOTMiT wynika, że w tym roku samorządy zgłosiły jej do zaopiniowania 326 różnego rodzaju programów zdrowotnych. Jak dotąd 9 z nich uzyskało decyzje pozytywne, a 164 – warunkowe, co znaczy, że muszą poprawić niektóre elementy. 61 otrzymało opinie negatywne – to niespełna 20 proc. W ubiegłym roku negatywną ocenę wydano w stosunku do 27 proc. programów (patrz infografika).

In vitro zablokowane?

Najwięcej kontrowersji w związku z wprowadzanymi zmianami wywołała kwestia leczenia niepłodności. Zdaniem opozycji wzmocnienie roli agencji we wprowadzaniu programów zdrowotnych może być drogą do zablokowania in vitro, które jest obecnie częściowo finansowane w kilkunastu miastach. Wystarczy, że AOTMiT, który jest instytucja podległą resortowi zdrowia, nie da zielonego światła. – A minister zdrowia otwarcie mówi, że jego zdaniem programy te nie powinny być finansowane z publicznych pieniędzy – przypomina były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz (PO). – Co prawda AOTMiT do tej pory raczej pozytywnie oceniał programy in vitro przedkładane przez samorządy, ale przy takim nastawieniu nie zdziwi mnie, jeśli PiS w którymś momencie zdecyduje o wymianie szefa agencji – dodaje Arłukowicz.

Jak przekonuje Katarzyna Jagodzińska-Kalinowska, dyrektor biura prezesa AOTMiT, obawy są bezpodstawne. Z danych agencji wynika, że od 2009 r. wydała ona 21 opinii na temat programów wprowadzających in vitro, z czego 20 było pozytywnych. Negatywna dotyczyła Sosnowca, wiązało się z obawą, że byłoby to dublowanie leczenia finansowanego przez państwo. Opinia została wystawiona w 2013 r., kiedy resort zdrowia opłacał taką metodę leczenia niepłodności. „Wydaje się, iż kwalifikować się będą do niego pary, które nieskutecznie przeszły lub nie spełniły kryteriów włączenia do ministerialnego programu leczenia niepłodności. W takim przypadku należy mieć obawę, że leczenie może być nieskuteczne. Samorząd nie przedstawił także danych dotyczących kolejki oczekujących na program rządowy” – argumentowali eksperci z AOTMiT. Natomiast negatywną opinię do tej pory otrzymały wszystkie programy naprotechnologiczne. 

Etap legislacyjny

Projekt skierowany przez Sejm do Senatu