168,2 tys. sprzedawców było na koniec ubiegłego roku bez pracy, z czego 68 tys. dłużej niż rok. Jak wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, sprzedawców bez zajęcia mamy najwięcej w historii. To smutny zawód rekordzista.

– To profesja o największej rotacji, często pracownicy zajmują się nią przez chwilę, szukając w tym czasie innego zajęcia. Jest też podatny na sezonowość. Wiosną liczba osób bez pracy spada, by wzrosnąć jesienią – tłumaczy Kazimierz Sedlak z firmy Sedlak & Sedlak.

Jednak ten wiosenny wzrost podaży miejsc pracy nie wchłania całości sprzedawców. W efekcie ich liczba od lat rośnie. Na koniec 2007 r., czyli przed kryzysem, reprezentantów profesji pozostających bez zatrudnienia było o 27,8 tys. mniej.

– To efekt zmian struktury sklepów, z którymi mamy do czynienia. Powstają dyskonty, a upadają małe sklepy – do kilku tysięcy rocznie. Jedno powstałe miejsce pracy w dyskoncie to utrata 4 w punkcie rodzinnym – tłumaczy Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.

Małe sklepy przegrywają, bo nie są w stanie negocjować cen z dostawcami, przez co są droższe. Ratunkiem byłoby tworzenie przez nie grup zakupowych lub skorzystanie z franczyzy.

Drugą co do wielkości grupą bezrobotnych są ślusarze, których od 2007 r. przybyło 9,5 tys. i jest ich ponad 47 tys. – W starym rozumieniu, czyli człowieka władającego młotkiem i pilnikiem, to zawód na wymarciu. Pracodawcy oczekują, że będzie obsługiwać wiertarki i tokarki programowane i sterowane elektronicznie. Ale tego typu fachowiec jest już inaczej klasyfikowany – uważa Sedlak.

Wysokie trzecie miejsce na podium techników ekonomistów (ponad 40 tys. bez pracy, z czego 13 dłużej niż rok) to efekt boomu edukacyjnego. Jeśli pracodawca do prostych czynności biurowych może wziąć kogoś po technikum albo z mgr przed nazwiskiem, wybierze tego lepiej wyedukowanego.

Co do robotników budowlanych (na 4. miejscu) i murarzy (na 5.) to zatrudnia się ich często na czarno. Ponadto, jak wskazuje Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, budowlaniec to zawód, do którego łatwo wejść – przyuczenie do prac ziemnych trwa 1–2 miesięcy – i równie łatwo z niego wypaść. Firmy w pierwszej kolejności pozbywają się robotników najmniej kwalifikowanych. – To efekt lekcji, jaką branża odebrała w trakcie kryzysu. Jeśli nie będzie nowych kontraktów, to skala bezrobocia jeszcze wzrośnie – przestrzega prezes.

Wciąż wysoko na liście profesji niedających pewności zatrudnienia utrzymuje też kucharz, ale tu akurat liczba osób bez zajęcia spadła o tysiąc od 2007 r.

To także efekt zmiany trendów na rynku i mody. Powstawania nowych barów i restauracji. Podobnie jak w przypadku zawodów budowlanych, tak i tu zarobki są niskie, a praca często na czarno. Jak wynika z danych urzędów zatrudnienia, najwięcej kucharzy poszukiwanych jest za najniższą krajową – 1680 zł brutto.

W pierwszej dziesiątce znaleźli się także krawiec i szwaczka. Cieszy to, że w przypadku obydwu zawodów liczba zarejestrowanych bezrobotnych trochę spadła, zmalał też udział tych, którzy są bez pracy dłużej niż 12 miesięcy. Jednak, co podkreśla Bogusław Słaby, prezes Polskiego Związku Pracodawców Prywatnych Producentów Odzieży i Tkanin, jedną z największych bolączek branży jest brak wykwalifikowanych kadr. Skąd ten paradoks? – Często są to osoby, które nie chcą legalnego zatrudnienia, bo już pracują w szarej strefie. Odnośnie do kompetencji to zdarza się, że jak urzędnik rejestruje jakąś panią, która pracowała w firmie odzieżowej, to od razu wpisuje jej „szwaczka”. A to często były osoby, które nie szyły, ale kompletowały czy prasowały gotowe już ubrania.