Nasz ubiegłotygodniowy tekst o DasCoinie „Przekręt na lepszego bitcoina” (Magazyn DGP nr 218, 10-12 listopada 2017) wywołał ogrom komentarzy. Pomijając te pokroju „dobrze, że o tym napisaliście” oraz „wy marne pismaki, zazdrościcie ludziom sukcesu”, warto zwrócić uwagę na opinie dotyczące tego, jak w takich sytuacjach powinno zachowywać się państwo.
ikona lupy />
Magazyn 17.11 / Dziennik Gazeta Prawna
Gwoli przypomnienia: z Jakubem Styczyńskim napisaliśmy, że DasCoin to piramida finansowa, której twórcy podpinają się pod sukces bitcoina. Cały twór udaje kryptowalutę, ale nią nie jest. Choćby dlatego, że kryptowalutami można swobodnie obracać, a wartość DasCoina jest ustalana przez jego twórców. W przypadku bitcoina nie ma też mowy o tym, by ktokolwiek płacił nam za zachęcanie znajomych do jego zakupu. Natomiast model biznesowy DasCoina oparty jest na wynagradzaniu tych, którzy przyciągną kolejnych nabywców. Modelowy przykład schematu Ponziego, czyli mówiąc wprost – piramidy finansowej.
W tekście postawiliśmy też tezę, że sprawa Amber Gold niczego nas nie nauczyła. Nie nauczyła ludzi, którzy dalej pakują pieniądze w przekręty. Ale nie nauczyła też urzędników i prokuratorów, którzy działają tak opieszale, że prędzej DasCoin padnie, niż jego działalność zostanie zablokowana przez organy państwa. A straty ludzi z dnia na dzień będą rosły. Ale są też głosy oburzenia po naszym tekście. Przykład? Marcin Dziadkowiak, zastępca redaktora naczelnego w Bankier.pl, pisze tak: „Wiele wskazuje na to, że instytucje powołane do zabezpieczenia Polaków przed różnej maści oszustami i tym razem będą działały zbyt wolno (przypomnę, że Marcin P. już 5 lat siedzi w areszcie bez wyroku), lub, co równie naganne, przekroczą swoje uprawnienia (patrz postępowanie Komisji Nadzoru Finansowego wysyłające pismo do banków w sprawie ryzyka wizerunkowego przy obsługiwaniu instytucji z listy ostrzeżeń, co w rzeczywistości skazuje także uczciwe biznesy, które – jak być może okaże się po prokuratorskim śledztwie – znalazły się niesłusznie na tej liście, na bankową banicję). Jednak proponowane w artykule »DGP« »lekarstwa« na trapiącą od zawsze ludzkość chorobę będą moim zdaniem równie skuteczne co leczenie dżumy cholerą”.
To tak naprawdę spór o rolę państwa w takich sytuacjach jak Amber Gold czy DasCoin. Warto więc odpowiedzieć na zarzuty wszystkich, którzy zarzucili nam m.in. przyzwolenie na tworzenie państwa totalitarnego (to też wniosek red. Dziadkowiaka).
„Przecież DasCoin to legalny biznes” oraz „Niedobrze, gdy urzędnicy będą wydawali wyroki zamiast sądów”
Argument ten opiera się na założeniu, że od wydawania wyroków jest sąd. I dopóki sąd nie uzna, że coś jest oszustwem, to należy przyjmować, że tym oszustwem nie jest. Zawsze, gdy słyszę ten argument, przypomina mi się obrazek Marka Raczkowskiego. Jakiś zbir wyrywa kobiecie torebkę, a ta krzyczy: „Złodziej! Ukradł mi torebkę!”. I przechodzący chodnikiem pan poucza kobietę: „Nie było jeszcze procesu, ale pani już wydała wyrok”.
Oczywiste jest, że prawo do sądu jest jednym z fundamentów praworządności. Ale gdybyśmy uznali, że pomiędzy rozpoczęciem prowadzenia oszukańczej działalności a wyrokiem sądowym nie można powiedzieć słowa na temat funkcjonowania oszustwa, przekrętów byłoby zapewne jeszcze więcej. Tu z reguły pada argument, że „sądy powinny rozpatrywać sprawy błyskawicznie”. Tyle że nawet gdyby uznać to za możliwe technicznie, to mam obawy o wartość merytoryczną takich orzeczeń. Sprawy dotyczące piramid finansowych na ogół mają bardzo obszerną dokumentację. Dotyczą też skomplikowanej dla wielu sędziów materii. Poganianie ich mogłoby paradoksalnie prowadzić do ograniczenia prawa do sądu. Sędziowie, mając świadomość konieczności wydania wyroku, mogliby niewystarczająco rzetelnie przeanalizować sprawę. To rozwiązanie znacznie gorsze niż dłuższe czekanie na wyrok.
Jeśli ktoś nie zgadza się z tym, że urzędnicy powinni ostrzegać przed biznesem zanim jeszcze zapadnie wyrok, to nie zgadza się tak naprawdę z całym modelem polskiego prawa. Przecież już teraz istnieje lista ostrzeżeń publicznych prowadzona przez Komisję Nadzoru Finansowego. Już teraz ostrzeżenia konsumenckie wydaje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jego prezes regularnie wydaje też decyzje o naruszeniu zbiorowych interesów konsumentów. I dopiero ta decyzja podlega kontroli sądowej. Wielokrotnie zdarzało się, że dany przedsiębiorca był naznaczony jako oszukujący konsumentów, a po kilku latach przed sądem oczyszczał się z zarzutów.
Problemem nie jest więc to, że urzędnicy stwierdzają, iż ktoś nabiera ludzi. Należy po prostu dążyć do tego, by ich skuteczność w ocenie sytuacji była możliwie największa. Tak, by piętnować oszustów, a nie stygmatyzować uczciwych. Zapewne nie zawsze się uda, ale przecież sądy też nie zawsze wydają idealne wyroki.
Jednak sprawy piramid finansowych urzędnicy traktują jak gorący kartofel: przerzucają z jednego urzędu do drugiego. To dlatego, że w Polsce oskarżyć kogoś o prowadzenie piramidy finansowej to niemal tak jak zarzucić mu dokonanie zabójstwa. Zarzut najcięższego kalibru. W efekcie np. UOKiK nie ma problemu, żeby stwierdzić, iż ktoś oszukuje przy sprzedaży masła, ale już ma opory przed ostrzeganiem przed piramidami finansowymi. I właśnie na łamach zeszłotygodniowego Magazynu DGP zachęcaliśmy do zmiany tego podejścia. W przeciwnym razie – sprowadzając do absurdu – zaraz policjanci przestaną łapać za ramię ludzi celujących z broni do tłumu, „bo przecież nie wiadomo, czy chce wystrzelić”.
„Dopóki nie ma pokrzywdzonych, dopóty nie ma problemu”
Dlaczego zwalczacie twór, który jeszcze nikogo nie oszukał? – to często pojawiające się pytanie. Identyczne stawiano kilka lat temu Komisji Nadzoru Finansowego, gdy ostrzegała przed Amber Gold. W niektórych mediach urzędnicy zebrali wtedy po głowie jako nadgorliwcy, którzy uderzają w polskiego przedsiębiorcę.
Sęk w tym, że model biznesowy piramidy finansowej właśnie na tym się opiera, że przez pewien czas jest ona wypłacalna, aż wypłacalna być przestaje. Dopóki przychodzą nowi członkowie, mogący ze swego wpisowego pokryć wypłaty dla wcześniej zapisanych, dopóty wszystko działa. I pokrzywdzonych nie będzie. Ale w pewnym momencie źródełko wysycha. A wtedy zawala się cała struktura. Tracą wszyscy, w przypadku większych tworów piramidalnych od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy osób.
Niestety argumentu związanego z brakiem pokrzywdzonych używa też prokuratura. Jego słabość idealnie obnażyły przesłuchania komisji śledczej ds. Amber Gold. To, że ludzie nie zgłaszają się na policję czy bezpośrednio do prokuratury, nie świadczy jeszcze o tym, że wszystko jest w porządku. Należy przyjrzeć się modelowi biznesowemu organizacji, w którą ludzie pakują pieniądze. Jeśli nie mamy do czynienia z żadnym produktem, za to z wynagrodzeniem za ściągnięcie nowych osób oraz parawalutą, której kurs ustala jej twórca – trzeba interweniować. A nie działać dopiero wówczas, gdy organizator powie wszystkim wpłacającym, że „niestety wartość naszej waluty wynosi zero złotych, do widzenia”.
„Pozwólmy ludziom uczyć się na błędach”
To nadal jedno z najpopularniejszych haseł wygłaszanych przez wielu ekonomistów. Często dodają do tego anegdotę o tym, jak za młodu włożyli dłoń w ogień, sparzyli się i już wiedzieli, że palnik gazowy niespecjalnie nadaje się do ogrzewania rąk.
Rzecz w tym, że – warto to powiedzieć z pełną stanowczością – ludzie nie uczą się na błędach. Ani własnych, ani cudzych. Między innymi dlatego, że często nie wiedzą, co jest błędem. Pokażmy na przykładzie. Załóżmy, że mamy osobę, która włożyła większość swoich oszczędności w Amber Gold. Straciła. Po pewnym czasie dostała od znajomego propozycję zainwestowania pozostałych pieniędzy w bitcoina. Nie zrobiła tego. Gdyby dała się namówić – dziś miałaby kilkaset razy więcej. Kurs bitcoina poszybował przecież w niesłychanym tempie. Teraz ta osoba dostaje propozycję zainwestowania w DasCoina, reklamowanego jako lepszy bitcoin. I co taki człowiek dziś uzna za błąd: to, że zainwestował w Amber Gold czy może to, że nie dał się skusić na bitcoina? Obstawiam, że wielu za błąd uzna to drugie.
„Najważniejsza jest edukacja”
Zacytujmy raz jeszcze red. Dziadkowiaka z portalu Bankier.pl. Stwierdził, że zachęcanie przez DGP do większej aktywności państwowych organów jest leczeniem dżumy cholerą. Co więc jest właściwym lekarstwem? „Edukacja finansowa prowadzona od najmłodszych lat. Tylko rzetelna wiedza z zakresu finansów będzie mogła stanowić skuteczną przeciwwagę dla siedzącej w nas chciwości i żądzy szybkiego zysku”.
Podobnych głosów zresztą przy okazji różnych przekrętów finansowych pojawia się wiele. Tyle że autorzy tych twierdzeń zapominają o kilku kwestiach.
Pierwsza jest taka, że edukacja trafia do tych, którzy chcą się czegoś nauczyć. Sam fakt wprowadzenia lekcji w szkole podstawowej czy liceum nie wpłynie na to, że ludzie coś sobie przyswoją. Część zapewne z tego skorzysta. Ale problem z piramidami finansowymi polega na tym, że pakują w nie pieniądze także ci, którzy nie byli nigdy zainteresowani nauką o finansach.
Jeśli ktoś wychodzi z założenia, że edukacja to samoistny klucz do sukcesu, powinien wyrecytować z pamięci tablicę Mendelejewa. Albo przekształcić jakiś wzór. Bądź co bądź chemia i fizyka były w szkole obowiązkowe. Większość z nas niewiele z tego pamięta, prawda? Zostają co najwyżej podstawy. Dajmy na to, że wszyscy zapamiętają, że nauczyciel mówił: „Nie da się prosto zarobić, wysokie odsetki od kapitału oznaczają duże ryzyko”. Zwolennicy teorii o przewodniej roli edukacji powiedzą, że to odstraszy chętnych od ryzykownych inwestycji. Ja zaś obstawiam, że większość powie: „Dlatego, że ten nauczyciel tak mówił, nadal uczy w szkole. Ja biedy klepał nie będę”. Nie zachęcam oczywiście do rezygnowania z edukowania ludzi. To pomocne, a w przypadku zainteresowanych osób wręcz kluczowe. Ale nie szukałbym w edukacji remedium na walkę z piramidami finansowymi.
Kwestia druga: świat idzie naprzód w zastraszającym tempie. Na spotkania poświęcone DasCoinowi przychodzi wielu emerytów, którzy usłyszeli, że na kryptowalutach można zrobić dobry biznes. Nie sądzę, by wiedza nabyta w szkole po kilkudziesięciu latach wytrzymywała zderzenie z rzeczywistością. A dodatkowe kursy ekonomii dla seniorów – bo przecież można sobie takie wyobrazić – nie byłyby przecież obowiązkowe. W efekcie trafiałyby nie do tych osób, które są zagrożone.
Kwestia trzecia jest chyba jeszcze ważniejsza. Otóż twórcy piramid finansowych bazują na sztuczkach emocjonalnych. Nie da się nauczyć w szkole nieulegania emocjom. Nad opracowywaniem największych piramid finansowych pracują nie spece od ekonomii, lecz ci od psychologii. Będzie to coraz istotniejsze w obliczu starzenia się społeczeństwa. Ludzie starsi mniej liczą, za to zwracają większą uwagę na zaufanie, dobrze wyprasowany garnitur, często to, że ktoś im poświęca czas.
I wreszcie: rację miał prof. Marek Belka, mówiąc, że zawsze znajdą się chciwi i głupi. Czy państwo ma ich nie chronić? Moim zdaniem powinno. I to nawet nie ze względu na te osoby. Raczej po to, by nie dawać zarobić oszukującym. Wszelkie oszustwa należy wypalać gorącym żelazem. Po prostu.