statystyki

Zmierzamy ku edukacyjnej katastrofie. Sowietyzację zastąpiła amerykanizacja

autor: Rafał Drzewiecki04.05.2013, 07:32
Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, członek Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów. Profesor nauk humanistycznych Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie

Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, członek Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów. Profesor nauk humanistycznych Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawieźródło: Agencja Gazeta

Zmierzamy ku katastrofie. W PRL była sowietyzacja, dziś jest amerykanizacja w szczególnie uległy sposób. Choć akurat w Stanach Zjednoczonych już zrozumieli, że to ślepa uliczka, i odchodzą od testów. Testy nie mierzą głębi wiedzy i jej zakresu, ale powierzchowne umiejętności i kompetencje. Tymczasem wiedza uczniów jest wynikiem nie tylko pracy nauczyciela z uczniami, ale także ich samokształcenia, umiejętności i samodzielności uczenia się, a przede wszystkim jest uwarunkowana pozycją społeczno-ekonomiczną środowiska rodzinnego uczniów, zwłaszcza wykształceniem ich rodziców - mówi Bogusław Śliwerski.

reklama


reklama


Zna pan taki dowcip? Zadanie z matematyki w latach 70. Rolnik miał 3,5 hektara pola, z hektara zebrał 40 kwintali pszenicy. Za kwintal dostanie w skupie 90 zł. Ile po sprzedaży wszystkich plonów zarobi rolnik? Zadanie z lat 90. Rolnik miał 3 hektary. Z jednego zebrał 40 kwintali pszenicy, wartej 3,6 tys. zł. Ile zarobi w sumie rolnik? 2000 r. – jeśli rolnik zasieje pszenicę, zarobi 10 tys. zł, jeśli kukurydzę 9 tys. Co się bardziej mu opłaca? Zadanie z 2013 r. Jeśli rolnik zrezygnuje z uprawy, z unijnej dotacji otrzyma 11 tys. zł. Opisz korzyści unijnego programu rolnego.

Znam wersję z jeszcze lepszym ostatnim zadaniem: Pokoloruj rolnika.

Z edukacją jest aż tak źle?

Źle? Zmierzamy ku katastrofie. W PRL była sowietyzacja, dziś jest amerykanizacja w szczególnie uległy sposób. Choć akurat w Stanach Zjednoczonych już zrozumieli, że to ślepa uliczka, i odchodzą od testów. Testy nie mierzą głębi wiedzy i jej zakresu, ale powierzchowne umiejętności i kompetencje. Tymczasem wiedza uczniów jest wynikiem nie tylko pracy nauczyciela z uczniami, ale także ich samokształcenia, umiejętności i samodzielności uczenia się, a przede wszystkim jest uwarunkowana pozycją społeczno-ekonomiczną środowiska rodzinnego uczniów, zwłaszcza wykształceniem ich rodziców. Wskaźniki edukacyjne kreowane są przez urzędników OECD i UE, by można było dokonywać międzynarodowych porównań, a przejmowane są przez polskich urzędników w MEN jako obowiązujące w naszym kraju. Na przykład w analizie wyników międzynarodowego programu PISA wykorzystuje się średni wynik uczniów osiągnięty w testach z uwzględnieniem różnych poziomów ich kompetencji. To oznacza, że polska oświata, mimo zapewnień o autonomii w dziedzinie edukacji, jakie miały miejsce w okresie akcesyjnym III RP do Unii Europejskiej, straciła swoją suwerenność na rzecz zewnętrznie definiowanych i gromadzonych danych sprawozdawczych, które służą zarazem do dokonywania oceny jakości edukacji. Unia Europejska chce wiedzieć, czy dobrze wydajemy pieniądze na oświatę, czy nie.

Ale co jest złego w zunifikowanym, wspólnym dla całej Unii systemie ocen jakości kształcenia? Łatwiej porównywać poziom szkół, programy nauczania...

Tylko że te mierniki kreowane są przez OECD i UE. Pomijają nasze kwestie narodowe i kulturowe jako mało istotne. Rynek oświatowy opanowała ukryta prywatyzacja. Zdumiewające, że choć mamy w ustawie o oświacie jasno sformułowane cele i wartości kształcenia, podstawy programowe kształcenia ogólnego i zawodowego, określające, czego każdy przedmiot ma nauczyć, nasz system podporządkowuje edukację procesom kluczowym dla funkcjonowania gospodarki rynkowej. Staje się narzędziem władzy wspomagania tych procesów. Przenosi do sfery edukacji publicznej rozwiązania znane z firm, koncernów, zobowiązujące do pilnowania efektywności, optymalizacji kosztów i zysków. Innymi słowy jakość polskiego szkolnictwa mierzy się unijnymi wskaźnikami, które warunkują, gdzie trzeba zaoszczędzić, ograniczyć środki z budżetu, ciąć etaty. Weryfikuje się, na jakim poziomie jest młode pokolenie w 15. roku życia. Bo to jest etap fundamentalnej alfabetyzacji. Wszystko po to, by stymulować wzrost produkcyjności edukacji. Jak w chińskiej fabryce, taniej i więcej, jakość to rzecz wtórna.

Brzmi zatrważająco, ale przecież mamy rady naukowe, opiniotwórcze środowiska uczelniane. Chyba ktoś pilnuje tego kształcenia?

Komitet Nauk Pedagogicznych PAN od początku transformacji reagował krytycznie na pseudoreformy oświatowe. Politycy jednak złapali wiatr w żagle. Postanowili tak przejąć władzę nad oświatą, by można było ją prywatyzować na dole, zaś odgórnie upartyjniać. W końcu tyle lat niektórzy to trenowali w PRL. Co pan powie na to, że przed wyborami politycy ustanawiają progi minimalistyczne, do których mają być skalibrowane wskaźniki edukacyjne?

Niezbyt dobrze rozumiem...

Skaluje się poziom trudności testów do egzaminów państwowych, np. matematycznych, do każdego rocznika, żeby sprawdzić, na jakim poziomie jest młodzież. I jeśli wychodzi na testach próbnych, że zdałoby w danym roku tylko 60 proc. uczniów, kalibruje się skalę trudności od nowa, w dół, tak by na egzaminach końcowych zdało co najmniej 75 proc. A najlepiej 80 proc. To są ostatnie zalecenia poziomu zdawalności.

Pytania ustawia się pod wiedzę uczniów, zamiast uczyć ich do egzaminów?

Tak, bo nasz system edukacji polega na manipulowaniu wskaźnikami, a nie kształceniu młodych ludzi. Nikt się do tego nie przyzna, ale takie są kulisy.

Jaki miałby być cel tej manipulacji?

To mechanizm rywalizacji rynkowej. Nie chodzi o to, by polepszać efekty kształcenia, tylko o to, by minimalizować koszty. Spełnić oczekiwania unijnych ekspertów, dobrze wypaść w ich miernikach. A te międzynarodowe wskaźniki opierają się na czterech grupach – to procent uczniów powtarzających klasę, objętych nauczaniem indywidualnym, specjalnym i skolaryzacja przedszkolaków. Co to ma wspólnego z procesem kształcenia? Wszystko kręci się wokół kosztów funkcjonowania. Brukseli nie zależy na mądrych Polakach, tylko na efektywnym produkowaniu taniej siły roboczej na naszym kontynencie.

Brzmi spiskowo...

To fakty. Im gorzej w polskiej szkole się uczą, tym mniej dostaje ona pieniędzy. A np. w Finlandii jest odwrotnie, tam kieruje się większe środki do miejsc, gdzie uczniowie są słabsi, by pomóc im dorównać do tych najlepszych. Ale polski system oświatowy degradowało 15 ekip rządzących. Nie ma znaczenia, czy to była prawica, czy lewica, a ostatnio PiS czy PO. Tu chodzi o władzę jako taką. Władza centralna zawsze steruje bezwzględnie. Zresztą nawet Najwyższa Izba Kontroli w swoim ostatnim raporcie po przebadaniu trzech lat szkolnych 2008–2011 stwierdziła fikcyjność ewaluacji (oceny efektów kształcenia dokonywanej przez osoby spoza danej placówki – red.). Wprawdzie była prowadzona na zbyt małą skalę, bo skontrolowano tylko ułamek procenta szkół, ale odsłoniła mechanizm pozoranctwa. Nadzór pedagogiczny kuratorów oświaty i dyrektorów szkół nie przekłada się na poprawę jakości kształcenia. To tylko kolejne środowisko władzy. W efekcie od reformy ministra Mirosława Handkego spada odsetek nauczycieli, którym chce się uczyć młodzież, eksperymentować, bo to im się przestało opłacać. Nastąpiło zniewolenie tego środowiska. Ministerstwo określa dominanty, a nauczyciel ma pod nie produkować wiedzę.

Trudno mi uwierzyć, że środowisko nauczycielskie nie chce tego zauważyć i wszyscy się temu podporządkowują.

Nie wszyscy, jakieś 40 proc. Z badań specjalistów od higieny pracy zawodowej wynika, że ok. 30 proc. nauczycieli w ogóle nie powinno pracować w zawodzie, bo to są ludzie wypaleni, toksyczni dla siebie i uczniów, a kolejne 25 proc. to przeciętniacy na granicy wypalenia. Nie mają wsparcia, więc chcą tylko przetrwać. Z moich badań wynika, że wciąż ok. 60 proc. polskich nauczycieli to ludzie z pasją, połowa z nich ma nawet misję. To skutki eksplozji zaangażowania nauczycieli w końcu lat 90. oraz pielęgnowania przez wielu z nich rodzinnych tradycji w wykonywaniu zawodu. Ale zmiana systemu zaczęła to psuć. Powstały gimnazja i dostanie się do nich było nobilitacją, pozostanie w podstawówce uznawano za infantylne zajęcie. W szkołach też jest przecież hierarchia, tak jak np. u lekarzy, gdzie ten od pierwszego kontaktu jest niżej na szczeblach kariery zawodowej niż specjalista. Znaczenie miał też spadek płac. W latach 1989–1991 zarobki nauczycieli sięgały 120 proc. średniej płacy kadry kierowniczej. Od 1999 r. płace spadają, dziś są już poniżej tej średniej. Do tego jeszcze system awansu zawodowego, od stażysty do dyplomowanego. Ci najwyżej w systemie wciąż nieźle zarabiają, są pewni zatrudnienia, ale około 30 proc. to nauczyciele słabo opłacani, których można w każdej chwili zwolnić, i to bez uzasadnienia.

A ludzie z pasją i pomysłami zderzają się z brutalną rzeczywistością.

Gorzej, wręcz zniechęca się ich np. do prowadzenia eksperymentów pedagogicznych, bo to zbyt kosztowne i ryzykowne dla dyrekcji. Choć prawo pozwala na stosowanie w szkołach autorskich rozwiązań, nowych koncepcji kształcenia, z zadań nadzoru w 2009 r. usunięto wspieranie nauczycieli w podejmowaniu przez nich innowacji pedagogicznych. A po co mają coś sami zmieniać, skoro władza wie od nich lepiej, jak powinna wyglądać edukacja w szkołach? Kuratoria stały się już tylko policją wewnętrzną ministerstwa, która ma pilnować trzymania się podstawy programowej. To niszczy kreatywność i profesjonalną niezależność nauczycieli szkół publicznych.

Z raportu NIK, o którym pan wspomniał, wynika, że na ponad 32 tys. kontroli przeprowadzonych przez ewaluatorów z nadzoru kuratoryjnego tylko w 42 przypadkach stwierdzono w szkołach niedostateczne efekty kształcenia. Skoro jest tak źle, to dlaczego wyszło im tak dobrze?

Bo ewaluatorzy wyznaczani przez kuratoria bali się pisać krytyczne raporty. Musieliby wtedy je szczegółowo uzasadnić, a to oznaczałoby wejście w konflikt. Przecież ewaluator to też nauczyciel. Jak on ujawni czyjeś problemy, to inni ujawnią jego. Cały ten system od początku był zepsuty.

A gdzie w tym wszystkim jest dobro ucznia?

Dobro? O uczniu to tu w ogóle zapomniano. Chaos w polityce decyzyjnej MEN to potwierdza. Właśnie ministra edukacji Krystyna Szumilas odwołała wprowadzenie odpłatności za pobyt dziecka w przedszkolu za symboliczną złotówkę, co miało nastąpić już w przyszłym roku, a przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz potwierdził, że wpędzenie sześciolatków do szkół jest ważne, by ochronić miejsca pracy dla nauczycieli! W oświacie toczy się rywalizacja antagonistyczna. Szkoły wielkomiejskie selekcjonują uczniów na wejściu, dobierają według progów punktowych, chcąc mieć tylko tych lepszych. Ucieka się też do łączenia szkół, np. podstawówek z gimnazjami albo gimnazjów ze szkołami ponadgimnazjalnymi. Wtedy w takim zespole szkół nauczyciel z placówki niższej przygotowuje ucznia i prowadzi do tej wyższej. Nikt nie jest zainteresowany, by jakoś szczególnie mocno przesiewać tych uczniów, bo przecież wtedy by się okazało, że w szkole niższej jest słaby poziom.

I właśnie stąd dowcip zakończony zdaniem „pokoloruj rolnika”? Bo uczniowie umieją już tylko tyle?

Szkoła nie uczy ich już umiejętności związanych z krytycyzmem, analizowaniem zjawisk w kategoriach przyczynowo-skutkowych, wyciąganiem wniosków. To zostało zredukowane przez samych nauczycieli. Nie dlatego, że nie chcą tego uczyć, ale takie są dzisiaj podstawy programowe. Odchodzi się od kształcenia spiralnego, powracania na kolejnych etapach edukacji do wcześniejszych zagadnień, łączenia i systematycznego pogłębiania wiedzy z różnych przedmiotów. Nie ma już podejścia interdyscyplinarnego. Teraz jest nauczanie liniowe. Widać to szczególnie na przykładzie matematyki, gdzie jest wręcz strach nauczycieli przed zadaniami otwartymi, których nie rozwiązuje się jedynie na podstawie określonego algorytmu. Ich wyjaśnianie wymaga bowiem więcej pracy z uczniem, pobudzania jego wyobraźni, zmuszania do myślenia abstrakcyjnego. Ale matematyk nie ma na to czasu. Musi gonić z programem, bo inaczej jego podopieczny nie zda testu.

A jak ten podopieczny nie daje sobie rady nawet z podstawowym programem?

To jest problem, bo nauczyciel dzisiaj nie informuje dyrektora, że ma słabszą grupę. Mądry dyrektor dałby mu wtedy dodatkowe godziny na poprawę wyników, ale realia są takie, że w szkołach toczy się walka o te godziny, to konkretny zarobek, kilkadziesiąt złotych do pensji. Polityka rozdawania takich godzin to broń w rękach dyrekcji. Nikt nie myśli o dobru słabszych dzieci, tylko o wypłacie. Oczywiście generalizować nie wolno, bo jak już mówiłem, są pasjonaci, ale z pasją wygrywa niestety zasada RWD.

Czyli?

Ratuj własną... Nie angażuj się, nie podskakuj, dziecko w twojej klasie i tak nie ma wyboru. Bo wciąż w Polsce mamy nieefektywny system z początku XX wieku, klasowo-lekcyjny. U nas klasa jest jak cela, a nauczyciel jak klawisz. W Europie Zachodniej, USA czy Australii od dawna już stosuje się modele konstruktywistycznej edukacji, a nie hierarchiczne, frontalne nauczanie jednorodnych wiekowo grup uczniów. Odchodzi się od klas, dziecko samo wybiera nauczyciela na każdym etapie, tworzy się zespoły zainteresowań, zróżnicowane kompetencyjnie. Tamtejsze szkoły są niezależne od ministerstw, nikt im nie narzuca, czego i jak mają uczyć. U nas na takie fanaberie nie pozwala władza. Mamy model żarłocznej centralizacji, bo to korzystne rozwiązanie dla polityków. W końcu oświata to armia ponad 600 tys. nauczycieli. A to tyle samo potencjalnych głosów w wyborach. Związkowcy też na tym korzystają. Słyszał pan o tym, żeby w USA czy w Niemczech związkowcy decydowali, jak należy kształcić czy wychowywać w szkołach? To po co kształcimy nauczycieli?

Jakie mogą być długofalowe efekty naszej jakości kształcenia?

Młodym ludziom proponuje się dziś wiedzę typu instant. Skondensowaną, która pozwala przebrnąć przez testy. A testy buduje się na zasadzie teleturnieju „Familiada”. Trzeba dać odpowiedź, jaki procent ludzi uważa tak czy tak. Kształcimy coraz większą liczbę osób, które są podatne na różne techniki manipulacyjne, osobowości radarowe. Wypuszczamy pokolenia nastawione zadaniowo, egoistycznie, unikające zagrożeń. A przecież istotą edukacji powinno być wykształcenie osobowości żyroskopowych, wewnątrzsterownych, kierujących się własnym rozumem, sumieniem, wartościami i poczuciem odpowiedzialności. Musimy dać młodym ludziom trwałe podstawy do samowychowania i samorealizacji, wytworzyć u nich zdolności do racjonalnych ocen, analizy, kierowania się sumieniem. Do tego potrzebna jest edukacja uwzględniająca formację zarówno etyczną, jak i filozoficzną.

Jednak tych podstaw młodym nie przekazujemy, wciąż nauczając pod testy, pod wzór spodziewany...

Konstruktorzy testów nie są w stanie, korzystając nawet z najbardziej skomplikowanych metod statystycznych, oddzielić faktyczny wpływ szkoły i nauczycieli na wyniki egzaminów państwowych od znacznie silniejszych czynników pozaszkolnych i osobowościowych. Co ciekawe, wyniki badań procesów testowania uczniów i ich wykorzystywania przez organy nadzoru czy organy prowadzące szkoły do określania, które placówki są dobre, a które gorsze, wykazują, że im częściej na podstawie testów rozlicza się szkoły i nauczycieli z poziomu nauczania, tym większa jest ich skłonność do zachowań zakłócających wiarygodność testów.

Co pan ma dokładnie na myśli, mówiąc o zachowaniach zakłócających wiarygodność testów?

Z analiz socjologów edukacji wynika, że władze szkół zaczynają redukować lub nawet likwidować te przedmioty z procesu kształcenia, które nie były związane z testowaniem wiedzy i umiejętności. Nauczyciele poświęcali więcej czasu na uczenie umiejętności rozwiązywania testów, zwłaszcza z pytaniami zamkniętymi, a w dniu przeprowadzanych testów porównawczych zachęcano słabszych uczniów do pozostania w domu. Zmniejsza się też liczbę zajęć z przedmiotów, które nie kończą się egzaminem.

Ale przecież cele edukacji mamy zapisane w ustawie oświatowej, a nawet w konstytucji.

No właśnie, i co z tego? Nasze prawo w tej kwestii jest nieistotne dla unijnych decydentów. Gdzie w tych wspólnotowych miernikach jest wskaźnik demokratyzacji edukacji publicznej, rzeczywistej współpracy szkoły z rodzicami i uczniami? W pokojach nauczycielskich dzisiaj montuje się zamki szyfrowe, by tylko uniknąć kontaktu z rodzicami i uczniami. Gdzie pomysł na stawienie czoła globalizacji? Nie jesteśmy samotną wyspą. Nasi abiturienci już zaczynają wybierać szkoły zagraniczne, lekceważą rodzimą edukację, bo jest siermiężna, konserwatywna.

Młodzi są dzisiaj online, a szkoły wciąż pozostają offline.

I tak będzie, bo rozdanie tabletów i wstawienie multimedialnych tablic nic nie da. Trzeba jeszcze umieć je wykorzystać. Edukacja musi zachować swoje klasyczne zadania, a metody i formy uczenia się powinny być nowoczesne. Nie można też wszystkim centralnie sterować z Warszawy, bez prawdziwej wiedzy o rzeczywistych potrzebach w regionach. Inaczej będą powtarzać się absurdy, jak ten z Łodzi, kiedy miejscowa szkoła dostała ze stolicy sprzęt dla niewidomych uczniów. Z tym że w szkole tej nie było ani jednego niewidomego. Ale niestety centralne sterowanie jest wygodne dla polityków, także dla związkowców, łatwiej się manipuluje społeczeństwem.

Z całym szacunkiem, ale znów czuć teorię spiskową.

I znów to nie spisek, tylko fakty. Gdy Edmund Wittbrodt był kilka miesięcy ministrem edukacji, dopiero w kilka lat później przyznał, że taki system oświaty jak nasz będzie podporządkowany instrumentalnie interesom polityków. I nie ma znaczenia, jakiej opcji będą to politycy. To wszystko jest groźne jeszcze z jednego powodu – naszej przyszłości. W Polskiej Akademii Nauk powstał raport Komitetu Prognoz „Polska 2050”, gdzie naukowcy przewidują, jak potoczy się historia przez najbliższe kilkadziesiąt lat i jakie będą losy naszego kraju. Dane są porażające. W Polsce zniszczono tkankę społeczną, szerzy się partyjniactwo, idziemy w kierunku autorytaryzmu. Mamy niskiej jakości państwo i słabo rozwinięte społeczeństwo obywatelskie. Inne kraje będą się rozwijać szybciej, świat będzie dążył do gospodarki i cywilizacji wiedzy, a nasza edukacja, jeśli się nic nie zmieni, temu nie sprosta. Staniemy się pariasami Europy.

Chciałoby się krzyczeć: ratunku! Ale może jest jeszcze szansa na powstrzymanie tego upadku.

Oczywiście, że jest. To zależy od nas. Dzisiaj już nie wystarcza reformowanie szkół z zastosowaniem administracyjnej strategii władzy, a więc przez zależność służbową, odgórnie określane kierunki działania czy propagandową argumentację o konieczności przemian. Proces ten może się powieść wówczas, kiedy ci, których ta innowacja dotyczy lub mieliby być w nią zaangażowani, sami odpowiedzialnie go kształtują. W autorytarnym społeczeństwie i systemie oświatowym kształci się głównie autorytarne osobowości, dlatego takiej strukturze społecznej przeciwstawia się inne struktury, w których demokracja następuje w drodze współdecydowania wszystkich obywateli o sprawach publicznych, a do takich należy edukacja. W strukturach demokratycznej oświaty znosi się układ sprawowania władzy przez wąskie grono osób na rzecz budowania wspólnot, w których władza znajduje się w rękach podmiotów edukacji – nauczycieli, uczniów i ich rodziców. Niech rodzice doprowadzą do powstania rad szkół. To wspaniały organ uspołeczniający, oceniający pracę nauczycieli, dyrektora, diagnozujący realne problemy codziennego życia uczniów i ich nauczycieli w szkole, wspomagający pedagogów w doskonaleniu procesu kształcenia i – co najważniejsze – wychowania. Świetnie działa za granicą. To nie jest taki organ, jak rada rodziców, która poprzestaje na zbieraniu pieniędzy na wycieczki, pokrywaniu opłat za media czy remontowaniu sal lekcyjnych. Rodzice powinni współuczestniczyć wraz z uczniami i nauczycielami w zarządzaniu szkołą, domagać się innowacji i reagować na pojawiające się patologie. Dyrektorzy takiej oddolnej kontroli się boją, dlatego nie ma co liczyć na ich pomoc. Ale to nie powinno powstrzymywać rodziców przed działaniem. Muszą zjednoczyć siły i wymagać poprawienia jakości kształcenia, muszą się wspierać i stać murem za tymi, którzy mają w sobie gen działacza. Jeśli sami tego nie mamy, nie dyskredytujmy na klasowych zebraniach starań aktywnych rodziców. To działanie dla wspólnego dobra – naszych dzieci, naszej przyszłości.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

reklama

  • stalker67(2015-05-19 10:15) Odpowiedz 30

    O serio? No to rychło w czas ta refleksja, ja - pracując w edukacji na różnych szczeblach od ponad 25 lat tezę tę powtarzam od lat dwudziestu... Zresztą to nic nowego, bodajże Zajdel w jednej ze swoich książek stwierdził "skoro wszyscy mieli kończyć studia, trzeba było tak obniżyć ich poziom, by wszyscy mogli je kończyć".

  • sam12(2015-05-19 02:51) Odpowiedz 10

    Informacja ze w USA odchodzi sie od testow jest bledna. To zalezy od stanu i miasta, ale generalnie testy takie jak SAT lub ACT (po liceum) sa obowiazkowe do przyjecia na studia licencjackie, a testy takie jak GRE lub GMAT obowiazkowe do przyjscia na studia magisterskie. W stanie NJ, kazdego roku wszyscy uczniowie sa testowani w kwietniu w obowiazkowym NJASK, a w tym roku dodano jeszcze jeden test PARC ktorego druga czesc wlasnie jutro bedzie bral moj syn. USA testami stoi, jest to zrodlo informacji o poziomie wiedzy uczniow i zdolnosci nauczycieli. Bardzo dobre colege i uniwesytety wymagaja od licealistow wiecej niz tylko SAT czy ACT, czyli dodatkowo SATSubjectTests np. SAT Biology, SAT World History, SAT Chemistry etc. i inne. Nie zgadzam sie calkowicie ze wprowadzenie testow jest zle. To prawda ze "uczy sie pod testy" ale gdy testy sa na wysokim poziomie, wiele dzieci w ten sposob uczy sie materialu ktorego by im nie zalezalo sie inaczej nauczyc. Moja corka wziela np. w tym roku pre-SAT i od razu wie musi wiecejsie uczyc geometrii i algebry bo wyszly slabo. Jezeli chcesz wiedziec gdzie twoje dziecko ma zaleglosci, albo czego nie umie, test ci to pokarze. Z tego co widze nauczanie amerykansie generalnie jest bardzo praktyczne; dzieci ucza sie umiejetnosci (skills) bardziej niz materialu (content), i podkresla sie kreatywnosc i individualnosc, pomimo testow.

  • ggg1(2015-05-20 21:52) Odpowiedz 11

    Fajny artykuł ale sotatni akapit to bzdura totalna.Rodzice w Polsce nie chcą żeby ich dzieci pogłebiały wiedze tylko mieli dobre oceny do łdanej średniej. Niewileu rodziców 30% maks, chce żeby szkoła relanie przygotowała dziecko do czekajacych ich dzieci wyzwań. Reszta chce aby uczeń minimalnym wysiłkiem miał dobrą średnia. Problem edukacji dotyczy również rodziców którzy albo mają za mało czau dla swoich dzieci albo nie chce się im pracować ze swojimi pociechami. A w szkole nauczyciele pokazują im że dziecko nie umie tego tamtego. Reaguja agresją i uważają że specjalnie nauczyciele sygnalizują im nieprawidlowości w postawie dzieck.

  • Bronisław Rocławski(2013-05-27 19:00) Odpowiedz 10

    Szanowny Panie Profesorze, podziwiam Pana zaangażowanie, szanuję poglądy, ale pytam Pana, dlaczego tak mało napisał Pan o wyższych uczelniach, w których kształci się (tak jest w nazwie specjalności: nauczanie początkowe, nauczanie wczesnoszkolne). Tym nazwom specjalności towarzyszy często logopedia, a więc mamy: edukacja wczesnoszkolna z logopedią. Logopedia jest tu "wabiem", który ma pomóc w rekrutacji na specjalność, a właściwie to na kierunek studiów, czyli na pedagogikę. Pan w tym cyrku "kształcącym" nauczycieli pracuje, może sądzi Pan, jak wielu Pana kolegów i koleżanek, że dobrze przygotowujecie nauczycieli do zawodu. Przemierzam Polskę wzdłuż i wszerz od wielu lat. Mam bliski kontakt z nauczycielami wychowania przedszkolnego i nauczania początkowego. Oni nie mają elementarnej wiedzy i umiejętności, jakie są potrzebne, aby uczyć dzieci mówić, czytać i pisać. Nie są w stanie nauczyć ortografii, także matematyki. Winę za stan naszej oświaty ponoszą w dużym zakresie politycy, ale to są absolwenci uczelni. W szkole przeważa zdecydowanie ogłupianie dzieci i także demoralizowanie. Taką wiedzę i umiejętności wynosza ci nauczyciele z uczelni. Winę za stan polskiej oświaty ponoszą wyższe uczelnie, które biernie przyglądają się wszystkiemu. Dlaczego Pan Profesor nie zwoła uczonych, którzy myślą podobnie jak Pan i nie zaproponuje im wspólne, obywatelskie działanie na rzecz zmian w polskiej oświacie. Czeka Pan na kogoś, czy liczy Pan, że przybędzie jakiś Hugo Kołłątaj i przepędzi to towarzystwo groszorobów, tę "piątą kolumnę" .

  • ANNA(2015-05-18 17:06) Odpowiedz 10

    Powiem to, że treści zawarte w artykule są prawdziwe. I nie są dla mnie zaskoczeniem. Ze zgrozą od jakiegoś czasu obserwuję to, co dzieje się w polskiej oświacie. Oświacie, która miała dobry system i dobre programy nauczania. Nie wstydziliśmy się swoich umiejętności i wiadomości w świecie. Były porządne matury, egzaminy na studia, bardzo dobre szkolnictwo zawodowe. Polska i powszechna historia, literatura, nauki ścisłe, przyrodnicze - podstawy trzeba było znać i to w moim pokoleniu procentuje. Cała nadzieja jeszcze w tych 60-ciu procentach nauczycieli z pasją, ale ja, niestety, tę liczbę oceniam jako mniejszą. Nie jest dobrze. Emotikon frown Jedno jest lepsze - trzeba przyznać, że powszechność nauki języka angielskiego jest bardziej teraz przydatna, niż języka rosyjskiego. Na pewno potwierdzą to polscy emigranci.

  • wojo(2013-05-16 20:04) Odpowiedz 10

    Panie profesorze:) Sowietyzacja doprowadziła do wzrostu poziomu świadomości obywatelskiej! Tysiąclatki zamyka demokratyczny rząd! Pseudoreformator Sawicki dalej rządzi i rozbraja:( CK, RG , PAKa itp. urzędy postsowieckie i dalej się umacniają! Czy Pan tam gdzieś nie uczestniczy w tych "przemianach"? Czy może warto zrzec się apanaży i powiedzieć BASTA! Może przynajmniej w szkolnictwie wyższym powiemy dosyć gronostajowców! Dosyć wydawania naszych publicznych pieniędzy na szkółki niedzielne. Hasło: jedno województwo - jeden uniwersytet! To moje credo:)

  • mysza(2013-06-01 08:15) Odpowiedz 10

    Hitler uważał, że Polacy powinni być jedynie tanią siłą roboczą i jako tacy mają jedynie umieć trochę czytać, trochę pisać i liczyć do 10. Nasz niepodległy rząd właśnie wciela w życie zalecenia Adolfa H.
    Mnie wyrzucono z liceum, ponieważ dyrekcja stwierdziła, że jestem zbyt wymagająca i nie respektuję jej zaleceń, co do tego, żeby na języku polskim oglądać wyłącznie filmy. Jej zdaniem normalna lekcja to było maltretowanie uczniów. teraz uczę w szkole niepublicznej. Mogę uczyć, ale zarabiam 1580 zł i po opłaceniu mieszkania i mediów mam 160 zł na życie. Nie kupię za to jedzenia, a gdzie na książki, kino, teatr konieczne do samorozwoju? Poważnie mślę o emigracji. Za to, co zarabiam w Polsce nie jestem w stanie przeżyć.

  • Darek(2013-05-07 09:47) Odpowiedz 10

    Poziom nauczycieli, szczególnie na poziomie kształcenia gimnazjalnego i ponadgimnazjalnego, jest żenujący. Dlaczego? bo tą pracę dostaje się po znajomości. Nie ma naborów na nauczycieli, bo jest więcej chętnych niż wakatów. Za namową znajomego miałem skończyć roczny kurs pedagogiczny, aby uczyć przedmiotów zawodowych. Po trzecim weekendzie zrezygnowałem, ci ludzie mogliby się dowiedzieć więcej ode mnie niz ja od nich, a czarę goryczy przelał fakt, że niektórzy z nich nie radzili sobie z młodzieżą, a mnie uczyć chcieli. Pozostaję, przy nauce przedmiotów zawdowych studentów, gdzie nie potrzebuję "papierka", dla którego musiałbym poświęcić większość weekendów przez cały rok.

  • Majster(2013-05-10 13:50) Odpowiedz 10

    @@@ exa z IP: 31.183.53.* (2013-05-04 16:04)

    Religia jeszcze nikomu nie zaszkodziła, więc proszę się od...ć od tego tematu.
    Kasa, kasa i jeszcze raz kasa - ot co.
    Problem tkwi w ograniczaniu finansów przeznaczanych na szkolnictwo (robota wielu rządów różnej proweniencji politycznej, ale najbardziej zasłużony jest min. Rostowski i obecna ekipa). Następuje "zwalanie" obowiązków i kosztów finansowania ze stopnia centralnego na samorządy, a te po prostu prowadzą politykę likwidacji szkół (głównie wiejskich) bo ich budżety nie są stanie sprostać tym zadaniom.
    Czyli modelem szkolnictwa (dotyczy to wszystkich poziomów nauczania) staje się system taśmy produkcyjnej z początku XX wieku (vide fabryka Forda).
    Druga kwestia to poronione reformy oświaty - zwłaszcza w wydaniu rządu J. Buzka i min. Handtkego (jedna z tzw. 4 "reform" tego rządu), gdzie rozbito proces wychowania młodego człowieka w jednym środowisku do ukończenia 8 klasy szkoły podstawowej oraz ograniczono możliwość wyrównania poziomu nauczania "wzwyż" - pomoc uczniom słabszym w nadrobieniu braków. Była też wyraźna selekcja uczniów słabszych na progu szkoły średniej (słabsi trafiali do szkół zawodowych, ale mieli szansę kontynuować naukę w 3-letniej szkole średniej po zawodówce i zdawać maturę). Teraz ten szczebel "wyparował" z obecnego modelu oświaty.

  • mama3(2015-05-19 15:16) Odpowiedz 00

    Testy, kartkówki, prace klasowe, OBUTy i znowu testy. V klasa szkoły podstawowej jest obciążona jak kiedyś liceum. Zaniża się dzieciom oceny stosując negatywną motywację (rodziców?). Dyktanda wprowadza się nawet w I klasie. Wszyscy mają równać do jednego poziomu (jak za Komuny). Jak maluch boi się testu i go nie napisze - nie zda. Trudniejsze przypadki - na indywidualne nauczanie.Jak rodzic się nie zgodzi do sądu z art. 108.
    Nauka przez zabawę - pusty śmiech, nie istnieje, a wszystko kosztem dobra dzieci. Dzisiaj dzieci nie mają dobrych średnich - ledwie przechodzą z klasy do klasy. Najlepszymi (nie mylić z najgrzeczniejszymi) uczniami są najczęściej dzieci nauczycieli. :/

  • przedszkolanka(2013-05-06 06:42) Odpowiedz 00

    38: m z IP: 5.173.200.* (2013-05-06 00:17) - Tak, jasne :)
    Tam mu pewnie też powiedzieli, że krasnoludki sikają do mleka. I na to też nie mamy wpływu :)

  • przedszkolanka(2013-05-05 21:55) Odpowiedz 00

    "Indoktrynacja wyznaniowa" nie działa bez woli prawnych opiekunów lub samych zainteresowanych - nie jest obowiązkowa na żadnym etapie edukacyjnym.

  • nienawidzępinokia(2013-05-07 10:15) Odpowiedz 00

    A niedawno przeczytałem gdzieś w sieci, że Niemcy wpadli na pomysł jak sobie zapewnić tanią siłę roboczą, bo nie łudzą się że tej z polski przez małe p i innych podobnych krajów im wystarczy.
    Otóż wpadli na pomysł aby pierwszym obcym językiem w Indiach był niemiecki. Więc wysyłają tam swoich speców do nauki niemieckiego i w ten sposób za kilkanaście lat horda hindusów napłynie do Niemiec.
    Sprytne nie?
    Popełniają jednak przy tym dość bolesny błąd. Mianowicie u nich też są ludzie bez ambicji, wykształcenia i widoków na przyszłość, a ta cześć ich społeczeństwa bardzo szybko się radykalizuje. Zapewne zauważyliście wzrost nastrojów nacjonalistycznych w Niemczech. A to dopiero początek.

  • mp(2013-05-18 23:12) Odpowiedz 00

    Nie ufałbym temu panu. pracowałem 11 lat w środowisku nauczycielskim dwie podstawowe bzdury o których mówi to to że łatwo zwolnić nauczyciela - nauczyciela chroni karta nauczyciela tak mocno że łatwiej jest zamknąć szkołę niż go zwolnić.
    Druga bzdura to że nauczyciel dyplomowany jest bardzo pożądany w szkołach - Dyrektor częściej woli zatrudnić dwóch stażystów niż jednego dyplomowanego - ponieważ to kosztuje tyle samo. Pan roztacza wizje w stylu z widoku uczelni które kompletnie nie orientują się na poziomie realiów szkół podstawowych i tylko ślizga się po teoretycznych zagadnieniach o których większość wie jedynie z doświadczeń własnego dziecka w szkole.
    Fakt ten kraj jest pełen specjalistów - księży którzy wiedzą wszystko o poczęciu, loserów z giełdy którzy są niesamowitymi specjalistami i consultantami w branży finansowej, szkoleniowcami o wysokich predyspozycjach nadanych poprzez otrzymane środki z Unii na przejedzenie kasy na szkoleniach (na lunche i inne pierdoły) dziś jak nigdy trudniej znaleźć prawdziwą jakość we wszystkim.

  • Jula(2013-05-25 13:41) Odpowiedz 00

    Wreszcie GP ma odwagę drukować tekst, z którym utożsamiają się nauczyciele.W środowisku nauczycielskim od dawna o tym się mówi, ale nikt nie słucha naszych glosów. Wystarczy poczytać komentarze o wiecznie narzekających świętych krowach!

  • AG(2013-11-03 21:40) Odpowiedz 00

    To jest zle, bo my dostosowujemy do niby wymogow UE, a tymczasem UE nie robi dla nas NIC. Za granicami PL nie uznaje sie naszych dyplomow, tytulow, umiejetnosci zawodowych. Nawet tych zdobytych juz w czasach Polski w UE. Trzeba nostryfikacji i innych ******** Smutne, ale prawdziwe.

  • nauka(2015-05-20 09:09) Odpowiedz 00

    Wracamy do analfabetyzmu.

  • Pef(2015-05-20 10:58) Odpowiedz 00

    Obecna sytuacja jest wynikiem "rywalizacji rynkowej"? Z kim rywalizuje ministerstwo(państwo)? Samo ze sobą?

  • Anka(2015-05-19 14:43) Odpowiedz 00

    c od szkół wyższych i kształcenia nowoczesnych i mądrych nauczycieli.

  • adek(2015-05-21 17:49) Odpowiedz 00

    Nie zgodze się że na zachodzie proces ksztalcenia jest taki wspanialy - moj znajomy jest nauczycielem w Holandii, jest oczywisćie Holendrem i powiedział mi ze z roku na rok ma wiecej rubryk do wypełniania, młodzieży nie zależy, uczą się by zdać. Jakby zachód byl taki wspaniały to byłoby wiecej checi i zaangazowania takze ze strony mlodych. Wszystko jest dziś numerem i paragrafem, takie są fakty.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

reklama