Co w skrócie oznacza ucieczkę co lepszych nauczycieli z gimnazjów i potrzebę łatania ich etatów. Jednocześnie – niedobory pedagogów w nagle przepełnionych podstawówkach. Siódmo- i ósmoklasistów spędzających z powodu przeciążenia programem tyle czasu w szkole co ich rodzice w pracy. Bałagan organizacyjny spowodowany koniecznością przyjmowania nowych ocen pracy pedagogów. Niepewność dotyczącą tego, jak w takich warunkach uczniowie będą przygotowani do egzaminu ósmoklasisty.

Od przybytku problemów niejednego dyrektora boli już głowa. Nic dziwnego, że kiedy szkoły i przedszkola musiały zmierzyć się jeszcze z unijnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych (RODO), pracownicy części z nich zupełnie stracili kompas. A w doniesieniach rodziców i nauczycieli zaroiło się od absurdów.

Dla naszego dodatku „Prawo na co dzień” przyszło mi przygotować poradnik z odpowiedziami na 30 pytań dotyczących RODO w szkole. To, co budziło wątpliwości, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. W wielu szkołach na początku roku nie można było sprawdzać listy obecności, opisywać podręczników uczniów ani używanych przez nich szafek. Rodzice zostali za to zalani formularzami zgody na wszystkie możliwe rodzaje przetwarzania danych. Dyrektorzy przestali wywieszać listy zastępstw i zakazali pisać do rodziców e-maile, a także sprawdzać klasówki poza szkołami. Prawdziwy RODO-geddon.

Oczywiście większość z tych działań nie ma żadnego uzasadnienia w nowych przepisach. Skąd więc tyle zamieszania? Przyczyn jest kilka. Pierwsza z nich to już wspomniany przeze mnie wieczny bałagan organizacyjny w placówkach oświatowych. Odkąd resort edukacji zdecydował się wprowadzić reformę likwidującą gimnazja, dyrektorzy co i rusz muszą dostosowywać się do nowej rzeczywistości i nowych przepisów. Najpierw musieli w ogóle przekonać się, czy dalej będą zajmować stanowiska (z mocy prawa gimnazja można było łączyć z podstawówkami, dyrektorzy tych drugich zachowywali pierwszeństwo do objęcia stanowiska). Później czekali, aż samorządowcy ułożą obwody, dopasowywali do nich zatrudnienie, meblowali na nowo sale dla starszych uczniów. I tak dalej, aż do dziś. W kolejce już czekają następne rozporządzenia, np. wprowadzające obostrzenia dotyczące układania planów lekcji. W tych warunkach trudno jest szczegółowo analizować wszystkie spływające do placówek wytyczne. Zwłaszcza te, które nie dotyczą stricte oświaty.

Innym powodem szaleństwa wokół RODO jest to, że pracownicy naszych placówek przyzwyczaili się już do precyzyjnych dyrektyw. Niemal dokładnie wiadomo choćby, jak ma wyglądać plan lekcji w każdej klasie. Jak ma być między nie rozłożony materiał. A to tylko początek – szkolne życie jest uregulowane do granic. Nic dziwnego, że kiedy wchodzi w życie dokument, który nie daje oczywistych wytycznych, tylko cele do zrealizowania, dyrektorzy się gubią. A takie właśnie jest RODO. W skrócie chodzi o to, żeby instytucje nie przetwarzały więcej danych, niż potrzebują, w sposób, który narazi je na wyciek w niepowołane ręce. Tylko tyle i aż tyle. Jak to jednak przełożyć na konkrety, to już kwestia dyrektorów szkół. Ci wolą dmuchać na zimne, nawet jeśli efekt jest taki, że rodzic nie może zapytać telefonicznie o stan zdrowia swojego dziecka czy wysłać babci na wywiadówkę. W przypadku RODO bardziej konkretne stanowisko pojawiło się pod koniec sierpnia – wtedy Ministerstwo Edukacji Narodowej i Urząd Ochrony Danych Osobowych wydały przeznaczony dla szkół poradnik dotyczący wdrażania RODO. On spuścił nieco powietrza z napompowanego balonu. Szefowie placówek zwracali jednak uwagę, że odbyło się to o kilka miesięcy za późno.

Jeszcze jednym, być może najważniejszym, powodem wybuchu paniki związanej z unijnym rozporządzeniem jest to, że RODO wprowadza kary dla administratorów danych, czyli m.in. dyrektorów szkół, którzy nie dopilnują prawidłowego ich przetwarzania. Spektrum konsekwencji jest szerokie – szef placówki może otrzymać ostrzeżenie lub upomnienie od prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Ale w skrajnych przypadkach ten może też nałożyć na dyrektora karę pieniężną – wszystko zależy od skali przewinienia. Trudno o lepszą motywację do pilnowania przepisów.

Na koniec jeszcze jeden, być może najsmutniejszy powód. Dotychczas w wielu szkołach danych osobowych po prostu nie szanowano. Zdjęcia uczniów bez zgody rodziców zapełniały szkolne galerie na stronach internetowych i były wykorzystywane do promocji placówek (proszę sobie wyobrazić przypadek prokuratora, który prowadząc sprawy dotyczące środowiska przestępczego, orientuje się, że personalia jego dziecka wraz z jego zdjęciami, planem lekcji itd. można szybko znaleźć dzięki Google – sytuacja autentyczna). Nauczyciele wrzucali też na strony portali społecznościowych fragmenty podpisanych imieniem i nazwiskiem klasówek, w których dzieci opisywały swój dom, wrażenia z wakacji czy pracę rodziców. W placówkach był zainstalowany monitoring, ale mimo takiego obowiązku brak było tabliczek informujących o tym. I tak dalej.

Dzięki RODO dane osobowe wreszcie trzeba potraktować poważnie. Paradoksalnie im więcej absurdów pojawiło się w danej placówce, tym głębszy oddech powinni wziąć rodzice. Bo to oznacza, że kierujący szkołą wreszcie zaczęli myśleć o ochronie danych. Bo tam, gdzie do problemu od początku podchodzono poważnie, nie trzeba było nawet nowych formularzy zgód na ich przetwarzanie – rodzice praktycznie mogli nie zauważyć, że rozporządzenie weszło w życie. A RODO w końcu wszyscy się nauczą i panikę zastąpi rzetelne podejście do tego, jak traktować informacje wrażliwe. I każdy będzie miał podstawę, dzięki której może się o to upomnieć.