- Jaki bank chciałby wejść do szpitala, który nie płaci, i zająć jego pomieszczenia? To rysa na wizerunku. Banki nie będą ryzykować - mówi Jakub Szulc.
Dziennik Gazeta Prawna
Czy sytuacja, w której szpitale masowo pożyczają od parabanków jest w porządku?
Prawda jest taka, że instytucje finansujące wykorzystują sytuację, w której dla banku szpital nie jest odpowiednim kontrahentem.
Dlaczego dla banku nie? Przecież wiadomo, że dług zostanie spłacony.
Szpital jest z tego powodu atrakcyjny. Bo choć te placówki nie są prymusami w terminowym spłacaniu długów, wiadomo, że jak nie one, to należności spłaci samorząd. A jak ten sobie nie poradzi – budżet państwa. Mimo to banki trzymają się z daleka od zadłużonych szpitali. Bo, po pierwsze, jeżeli placówka jest w złej kondycji, to bank nie powinien udzielić kredytu. Nawet jeżeli teoretycznie wie, że dług zostanie spłacony. Zabrania mu tego prawo bankowe. Po drugie, kontrakt z NFZ – a to główne źródło dochodów – jest podpisywany raz w roku. Nawet jeżeli wiadomo, że pieniądze będą również w następnym, a to tylko formalność, dla banku liczy się dokumentacja. I wreszcie trzeci powód. Wizerunkowy. Jaki bank chciałby wejść do szpitala, który nie płaci, i zająć jego pomieszczenia? To rysa na wizerunku. Banki nie będą ryzykować.
Ale spokojnie dają kredyt instytucji pozabankowej, która na wyższy procent udziela pożyczki szpitalowi.
Takie są przepisy. Cross finansowanie funkcjonuje. Bo szpitale są dziwnym tworem prawnym. Nie mogą działać jak zwykłe spółki kodeksowe. W 1991 r. zostały określone zasady ich funkcjonowania, i tak już zostało. Choć miało to być przejściowe prawo. Co potwierdza, że prowizorka jest najbardziej trwała.
Czym się różni placówka medyczna od zwykłej spółki?
Chociażby tym, że nie może ogłosić upadłości. Dyrektor nie ponosi właściwie żadnej odpowiedzialności. Nie ma czegoś takiego jak kapitał udziałowy. Zmiany własności były zablokowane (w tym roku w tej kwestii coś drgnęło). W spółce w grę wchodzi odpowiedzialność majątkiem członków zarządu. W szpitalu można nałożyć karę co najwyżej do wysokości trzech wynagrodzeń.
Rozumiem, że te specjalne warunki powstały po to, by zapewnić ochronę szpitalom. W domyśle chronić pacjentów.
A tymczasem bywa, że pogarsza sytuację finansową szpitali. Chociażby wspomniany brak dostępu do zaciągania kredytów dla zadłużonego szpitala. Zresztą takie, a nie inne uwarunkowania prawne szpitali stworzyły lukę, w którą wskoczyły instytucje pożyczkowe.
I część szpitali, tych w najgorszej sytuacji finansowej – trzymają w szachu. Nie rozumiem, dlaczego działaniem szpitala w tak złej kondycji nie interesuje się organ założycielski. Nie robi tego nawet Ministerstwo Zdrowia w stosunku do swoich instytutów. Pisaliśmy o tym, że organy założycielskie nie mają wiedzy na temat skali zaciągania zobowiązań finansowych wobec instytucji pozabankowych przez szpitale.
Na logikę powinny ją mieć. Ale prawda jest taka, że często nawet nie ma kadry z odpowiednimi kompetencjami, która mogłaby to robić. Kiedy pracowałem w Ministerstwie Zdrowia, zamrożono wynagrodzenia w budżetówce. Trudno było kogoś rozsądnego zatrudnić. Swoją drogą trudno też się spodziewać, że szpitale będą świetnie zarządzane, kiedy dyrektor może zarabiać maksymalnie cztery średnie krajowe. Trudno się spodziewać, że znajdzie się 750 świetnych menedżerów (tyle jest szpitali).
Szpitale mają rekordowo wysokie zobowiązania – 11 mld zł. Kiedy katastrofa?
Spójrzmy na to z innej strony – na lecznictwo szpitalne przeznaczane jest około 30 mld zł. Czyli zobowiązania stanowią jedną trzecią przychodów. To nie jest aż tak źle.
Proszę to powiedzieć szpitalom, których zobowiązania są większe niż przychód z NFZ.
Takie szpitale mają rzeczywiście trudną sytuację. I, szczerze mówiąc, marne szanse na wyjście na prostą. Nawet gdyby zoptymalizowały działania, to bez pomocy nie wyjdą z tego.