Na służbie zdrowia Polacy znają się najlepiej. Widać to było także po zawrotnym tempie, w jakim rząd i parlament pracowały nad ustawą z 15 lipca o zmianie ustawy o działalności leczniczej oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. poz. 960). Pod wyborczym, skądinąd chwytliwym i nieźle przemyślanym hasłem, że majątku publicznego, jakim są szpitale, nie można w całości oddać w prywatne ręce, wprowadzono pokaźny pakiet zmian.
Równie szybko zaprotestowały samorządy, które jeszcze przed przyjęciem przepisów zapowiadały zaskarżenie ich do Trybunału Konstytucyjnego.
Możliwość, a w zasadzie, jak się głębiej wczytać w przepisy, konieczność współfinansowania szpitali to wprawdzie najistotniejszy, bo finansowy, ale tylko wierzchołek góry lodowej. Inny problem to brak możliwości przekształcania upadających lecznic w spółki. Co robić z tymi, które są nierentowne (a ze statystyk wynika, że średnia rentowność szpitali jest ujemna)? Zgodnie z nowymi przepisami trzeba je albo zamknąć, albo dofinansować. Pojawia się również możliwość przekazania innemu publicznemu podmiotowi. Ustawa daje też możliwość tworzenia nowych samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej (SPZOZ), którą wcale nie tak dawno likwidowano. Samorządy powiatów i województw czekają więc długie tygodnie spędzone nad rozwiązywaniem tej kwadratury koła.