Jest również odpowiedzią na oczekiwania rynku, świadczeniodawców, ale również pacjentów. Zwłaszcza ich. Część z nich przez widzimisię urzędników jest bowiem skazana na gorszego rodzaju materiały w czasie zabiegów, tylko dlatego, że nie mogą dopłacić różnicy w ich cenie. Wybór chorych sprowadzał się do jednego: albo bierz, co daje NFZ, albo płać za całość operacji (często tysiące złotych).

Resort zdrowia chce to zmienić. Ale tym samym robi wyłom w dotychczasowym systemie finansowania systemu lecznictwa. I uchyla furtkę chociażby do wprowadzenia dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych (chociaż droga jeszcze daleka). I tu wchodzi polityka. Obecny resort zdrowia jest chyba najmniej politycznym ministerstwem w tym rządzie. Trafili do niego specjaliści, eksperci, a nie figuranci z  nadania politycznego. To zaleta, ale jednocześnie słabość. Bo rozwiązania prorynkowe w zdrowiu, czyli chociażby dopuszczenie udziału pacjentów w kosztach świadczeń, nie są po myśli kierownictwa PiS. W końcu w czasie kampanii podkreślano, że dostęp do leczenia ma być równy i nie ma zgody na wprowadzanie dodatkowych źródeł finansowania. Ubezpieczony ma być każdy, niezależnie od zasobności portfela. Pytanie więc, na ile niepolityczny resort ma siłę przebicia do ucha premier i prezesa PiS, żeby przekonać ich do swoich racji? Zielone światło na wprowadzanie takich zmian musi być przede wszystkim z ich strony. Bez tego pomysł resortu będzie tylko kolejnym, który swój żywot zakończy w ministerialnej szufladzie.