Liczba spraw o rekompensaty w ostatnich latach stoi w miejscu. Rośnie za to wyraźnie wysokość odszkodowań i zadośćuczynień zasądzanych przez sądy na rzecz poszkodowanych pacjentów. Warszawski Sąd Apelacyjny przyznał niepełnosprawnemu dziecku, które w wyniku błędów medycznych nie chodzi, nie siedzi samodzielnie, nie odwraca się na boki, nie mówi i jest karmione sondą 1,2 mln zł zadośćuczynienia, odszkodowania i rentę oraz 400 tys. zł dla matki i 300 tys. zł dla ojca dziecka.
LICZBA SPRAW NIE ROŚNIE, ROSNĄ ODSZKODOWANIA / Dziennik Gazeta Prawna
Jolanta Budzowska radca prawny z kancelarii BFP, pełnomocnik poszkodowanych w sprawach o błędy medyczne / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Innemu dziecku nowosolski szpital musi zapłacić niemal 700 tys. zł za błąd lekarski, w efekcie którego zdrowe dziecko nigdy już nie będzie się ruszać i do końca życia będzie wymagało opieki. Sąd przyznał dziecku dodatkowo rentę od szpitala. Lekarze w 2008 r. nie podali dziecku odpowiednich leków i zaniedbali leczenie, w efekcie czego chłopiec dostał krwotocznego obrzęku prawej półkuli mózgu.

Reklama
W Krakowie właśnie toczy się proces, w którym matka 22-letniego mężczyzny domaga się 8 mln zł odszkodowania i zadośćuczynienia od kilkorga krakowskich lekarzy, prywatnej przychodni, dwóch szpitali i pogotowia ratunkowego za śmierć syna. Był on poddany leczeniu kanałowemu w gabinecie dentystycznym. Gdy rana zaczęła ropieć, trafił do szpitala, z którego przewieziono go do kolejnego szpitala, gdzie nastąpił zgon. Przyczyną śmierci pacjenta była sepsa.
Takie kwoty odszkodowań i zadośćuczynień za błędy medyczne jeszcze kilka lat temu były wyjątkowe. Dziś bardzo wysokie sumy już nie dziwią. – Świadomi swoich praw są pacjenci, świadomość ogromu szkód, choć ciężko policzalnych, mają też sędziowie. Praktycznie skończyły się więc niskie, symboliczne odszkodowania – zapewnia mecenas Adam Przała, który od 20 lat specjalizuje się w sprawach dotyczących odszkodowań z tytułu błędów w sztuce lekarskiej.
Widać to w oficjalnych danych Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości. Jak się okazuje, w ubiegłym roku sądy zasądziły łącznie ponad 18 mln zł odszkodowań i zadośćuczynień za błędy w sztuce lekarskiej. Tak wysokich kwoty do tej pory nie było. Rok wcześniej zasądzono nieco ponad 13 mln zł, a wcześniej najwyższą roczną kwotą było 16 mln zł.
– Ewidentnie widać zmianę klimatu co do błędów medycznych w sądownictwie – przyznaje były minister zdrowia Marek Balicki. – To oczywiście w dużej części efekt nagłaśniania spraw związanych z błędami medycznymi i tego, że odeszliśmy już od fikcyjnej zasady z poprzedniego ustroju, że odszkodowanie nie ma być formą zarobku za krzywdę. Oczywiście daleko nam jeszcze do skali odszkodowań medycznych znanej ze Stanów Zjednoczonych, ale dziś te kwoty są już znacznie bardziej adekwatne do skali cierpienia – dodaje Balicki.
Kiedyś pacjenci walczący o swoje prawa byli postrzegani jako grupa roszczeniowych wariatów. Wychodzili na ulice, rozdawali ulotki, manifestowali przed Ministerstwem Zdrowia, tak aby ktoś zwrócił uwagę na ich problem. Jednak w efekcie m.in. działań stowarzyszenia Primum non nocere Adama Sandauera udało się w ogóle zwrócić uwagę, że pacjenci też mają swoje prawa. To m.in. dzięki ich staraniom w 2008 r. powstał projekt ustawy o prawach pacjenta.
Nowa sytuacja otworzyła rynek dla prawników, którzy zaczęli się profesjonalnie zajmować prawami pacjentów, co też przełożyło się na skalę odszkodowań. Funkcjonuje już kilkadziesiąt wyspecjalizowanych kancelarii prawnych, a nawet firm świadczących usługi doradcze w takim zakresie. – Dla wielu to intratny biznes – przyznaje jeden z prawników.
Mecenas Przała zwraca uwagę na pozytywne skutki. – Dziś szpitale świadome tego, że za błędy przyjdzie im zapłacić, są znacznie bardziej uważne. W efekcie spada liczba zakażeń szpitalnych, sepsy, żółtaczki. Spada też liczba spraw o odszkodowania za takie zakażenia. Coraz więcej pojawia się za to spraw związanych z niewłaściwie przeprowadzonymi porodami, utratą zdrowia dziecka, w których dochodzi się tak praw matki, jak i dziecka i tego, jak ono ucierpiało – zauważa prawnik.
Do sądów na razie – jak przyznają zgodnie eksperci – trafiają tylko sprawy najpoważniejsze. Obecnie głównym problemem jest brak skutecznej drogi pozasądowej dla osób, których przypadki nie są tak jednoznaczne, a które doznały uszczerbku na zdrowiu na skutek leczenia.
Powstał rynek dla prawników, którzy zaczęli się profesjonalnie zajmować prawami pacjentów. Przełożyło się to na skalę odszkodowań
Od kilku lat działają komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych przy urzędach wojewódzkich. Powstały, aby poszkodowani mogli szybko uzyskać pomoc, ale orzekają tylko, czy doszło do zdarzenia, czy nie i nawet jeśli przyznają rację pacjentowi, to kwotę zadośćuczynienia proponuje szpital albo jego ubezpieczyciel. Nie są to duże sumy, ponieważ obowiązują tu, w przeciwieństwie do sądów, widełki – maksymalna kwota za uszczerbek na zdrowiu to 100 tys. zł, za śmierć bliskiej osoby – 300 tys. zł. Problem jest jeszcze inny: w praktyce ostatecznie o wydanej kwocie decyduje szpital lub ubezpieczyciel placówki medycznej.
A pacjent nie ma możliwości odwołania. W efekcie zdarzały się propozycje wypłaty 1 zł za śmierć dziecka czy kilkuset za trwałe kalectwo. Jednak działalność komisji mogła również wpłynąć na to, jak toczyły się sprawy przed sądami. Większość pacjentów odrzucała propozycje szpitala, mając już zgromadzony materiał dowodowy i wstępne oceny prawników. Część wykorzystywała to, kierując sprawę do sądu. Jednym z przykładów była historia starszego pacjenta, który doznał złamania w okolicach biodra. Nie zostało to odpowiednio wcześnie zdiagnozowane, amputowano mu nogę. Szpital, znając wyniki prac komisji, zaproponował ok. 30 tys. zł. Mężczyzna skierował sprawę do sądu – w ramach mediacji otrzymał 240 tys. zł rekompensaty i 400 zł comiesięcznej renty. Gdyby nie komisja, sprawa nie skończyłaby się tak szybko. Ponieważ materiał dowodowy został już zebrany, a komisja orzekała, że doszło do zdarzenia medycznego.
Osoby pracujące w komisjach zwracają uwagę, że wiele problemów na linii pacjent–lekarz wynika z braku dobrej komunikacji. Na przykłąd jeden z pacjentów poskarżył się, że zostawiono mu śrubę w ręce. Po operacji wrócił do szpitala, gdzie wyjęto dwie z trzech założonych w czasie zabiegu. Było to działanie celowe, ale pacjent nie został dokładnie poinformowany o sytuacji. Jakiś czas później bramka na lotnisku ujawniła obce ciało; prześwietlenie wykazało pozostawioną śrubę. Mężczyzna uznał, że zostawiono ją przez zaniedbanie, i potraktował to jako błąd medyczny, wskutek którego ręka ciągle go boli. Zwrócił się do komisji.
W innej ze spraw dopiero na posiedzeniu komisji lekarz dokładnie wyjaśnił, jakie były jego działania i jakie cele – pacjent wycofał skargę. Inny z kolei złożył wniosek do komisji, bowiem jeden z lekarzy nie wykrył u niego złamania, którego dopatrzyli się inni lekarze. Jak tłumaczył, gdyby specjalista go przeprosił, nie byłoby sprawy.
Lekarze niechętnie przyznają się do błędów. Jeden z prawników opowiadał, że w trakcie procesu o odszkodowanie za śmierć dziecka, które zmarło z powodu błędnie założonego cewnika, lekarz przekonywał, że nie ma obowiązku czytać instrukcji obsługi, w której było dokładnie napisane, że nie wolno używać cewnika w sposób, jaki został użyty.
Resort zdrowia chciałby, aby odejść w ogóle od szukania winnych i skupić się na pacjencie oraz szkodzie, którą poniósł. W planach jest stworzenie osobnego funduszu wypadkowego, skierowanego do każdego chorego, który doznał uszczerbku na zdrowiu, niezależnie od tego, kto ponosi odpowiedzialność za tę sytuację. Chorzy, którzy by korzystali z takiej opcji, nie mogliby kierować spraw na ścieżkę sądową. W zamian za to otrzymywaliby szybką, gwarantowaną wypłatę.
ROZMOWA
Pacjent z większą świadomością i większymi szansami

Rośnie wysokość odszkodowań za błędy medyczne. Co się zmieniło?

Na wzrost ogólnej kwoty zasądzonych roszczeń mają wpływ trzy kwestie. Po pierwsze wzrasta kwota jednostkowych zadośćuczynień. Do niedawna górna granica wynosiła około miliona, dziś sądy uznają, że 1,2 mln zł dla dziecka poszkodowanego przy porodzie nie jest wygórowaną kwotą. Pamiętam, że przed 2007 r. kwoty odszkodowań sięgały 300 tys. zł. W 2007 prowadziłam sprawę, która była przełomem w myśleniu o odszkodowaniach – sąd zasądził 700 tys. zadośćuczynienia dla 4-letniego chłopca, któremu zamiast znieczulenia podano do kręgosłupa kroplówkę żywieniową. Chłopiec został sparaliżowany od pasa w dół. W styczniu tego roku w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie zapadł wyrok, o którym wspominałam – 1,2 mln zł. Druga kwestia: zaczynają zapadać wyroki zgodnie z wytycznymi Sądu Najwyższego, który wykazał, że zadośćuczynienie z tytułu naruszenia praw pacjenta jest odrębnym roszczeniem od tego związanego z rozstrojem zdrowia.

Czyli?

W sprawie, która niedawno została zakończona w Gliwicach, poszkodowana otrzymała 300 tys. zł zadośćuczynienia za szkodę na zdrowiu – niedowład ręki, do którego doszło na skutek błędu operacyjnego i dalsze 50 tys. zł za naruszenie jej prawa do wyrażenia świadomej zgody na operację. Naruszenie praw pacjenta, np. prawa do informacji, leczenia niezgodne z aktualną wiedzą medyczną itd. zaczęło być dostrzegane i kwoty zasądzane z tego tytułu już nie są symboliczne. Również wysokość zasądzanych rent jest coraz wyższa. Prowadziłam takie sprawy, w których nawet 10 tys. zł miesięcznie przyznawano na rehabilitację, opiekę i koszty leczenia. Sąd bierze pod uwagę coraz częściej to, że leczenie „na NFZ” jest z powodu kolejek faktycznie niedostępne i uwzględnia w wyroku koszty prywatnej opieki medycznej. Jest i trzeci powód wzrostu zasądzanych rekompensat: do sądów trafiają te najpoważniejsze sprawy.

Zmieniło się podejście sądów. A pacjentów?

Też. Są coraz bardziej świadomi. Dokładnie analizuję dokumentację medyczną przed przyjęciem zlecenia, podejmują się tylko takich, w których pacjent ma rację. Czasem mam wrażenie, że coraz więcej osób oczekuje od szpitali konkretnego efektu leczenia i jeśli coś idzie nie po ich myśli – uważają, że to błąd lekarza i domagają się odszkodowania. Tak to nie działa.

Liczba spraw się nie zmienia.

Bo to żmudne sprawy, długo trwają 4–5 lat. Duża część poszkodowanych korzysta z możliwości pozasądowego dochodzenia roszczeń, to mniej ryzykowne – z powodu kosztów.

Kto płaci odszkodowania?

Szpitale. I pomimo rosnących odszkodowań zarządzający nimi nie zmienili podejścia do ubezpieczeń. Zwykle wykupują minimalne OC, maksymalnie na 46,5 tys. euro. To bardzo niska kwota – w ubezpieczeniach OC komunikacyjnych granica odpowiedzialności ubezpieczyciela to 5 mln euro. A skutki wypadków i błędów medycznych mogą być takie same.

Resort zdrowia chce stworzyć fundusz wypadkowy dla tych, którzy doznali uszczerbku na zdrowiu w placówce medycznej. Niezależnie od winy. To dobry pomysł?

Teoretycznie tak. Powinny istnieć efektywne, szybkie ścieżki dochodzenia przez pacjentów pozasądowo swoich praw. Pytanie tylko, czy uda się to zrealizować. Lepszym pomysłem wydaje się udoskonalanie tego, co już działa z niezłym skutkiem: wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych.