Unia Europejska jednak nie jest aż tak wyrozumiała i w przypadku jej pieniędzy, które trafić mają m.in. na szpitalne inwestycje, zażądała map potrzeb zdrowotnych. Jutro skończą się ich konsultacje. By być solidne, powinny trwać wiele tygodni, a regionom dano na nie zaledwie 15 dni, z kolei ekspertom kilka dni, choć dokumenty te liczą po prawie 1500 stron. Uwag więc nie zgłoszą lub będą pobieżne.

W efekcie, choć garstka ministerialnych urzędników włożyła w mapy wiele pracy, patrząc z perspektywy pacjenta czy zarządzającego placówką medyczną, korzyści z tego typu dokumentów będą bardzo ograniczone. A prace nad mapami obnażyły to, co podskórnie przeczuwano – o tym, co dzieje się w zdrowiu i jakie są potrzeby, wiemy zdecydowanie za mało.

To dziwne prawda? Przecież z każdej strony słyszymy o biurokracji w zdrowiu, dziesiątkach dokumentów wypełnianych codziennie przez medyków oraz pielęgniarki. Setkach, a nawet więcej, przez placówki medyczne. Co z tego, skoro dane te nie są solidnie analizowane, część z nich zbieranych jest niepotrzebnie, innych brak. W efekcie nawet tam, gdzie utworzono specjalne osobne rejestry – np. chorób nowotworowych, okazuje się, że liczba pacjentów, np. z rakiem piersi, znacznie różni się od kobiet, które z powodu tej choroby były leczone. I szans na zmiany w kolejnych latach raczej nie widać.

Czy obecny rząd wyciągnie wnioski ze skutków zaniechań poprzedników? Oby. Na razie w ministerstwie jak grzyby po deszczu powoływane są kolejne ekspercie zespoły, których zadaniem jest wypracowywanie koncepcji nowych przepisów. Nadzieje z tym związane są wielkie, bo bubli w zdrowiu, symulowanych konsultacji i autokratycznych decyzji mamy aż za nadto. Tylko robienie kilku rzeczy naraz z reguły odbywa się kosztem jakości.