Ministerstwo proponuje, aby powiaty czy gminy, obok NFZ mogły kupować świadczenia medyczne dla mieszkańców. Czyli obok „dużego” płatnika, jakim jest fundusz, byłby drugi, mniejszy, można rzec awaryjny. W sytuacji, gdyby placówkom zdrowia kończyły się pieniądze z kontraktów z NFZ, samorząd mógłby sypnąć groszem i sfinansować leczenie pacjentów. Obecnie może płacić jedynie za programy profilaktyczne (np. w kierunku wykrywania nowotworów). Idea zacna, tylko pytań wiele. Skoro samorząd stanie się de facto minifunduszem, to czy będzie pokrywał koszty świadczeń udzielonych tylko „swoim” mieszkańcom? A co z tymi z innych regionów? W końcu pacjenci mogą chcieć się leczyć poza miejscem swojego zamieszkania/zameldowania.

Poza tym czym gmina, powiat, albo województwo ma się kierować, wybierając placówkę, którą zamierza dofinansować? Tym, że jest najlepsza (i dlatego kończy się jej kontrakt), czy tym, do kogo należy? W końcu jakie świadczenia powinny zyskać finansowanie ekstra? Te, do których są największe kolejki, bo są limitowane? Czy może takie, które są najbardziej powszechne i z jakich najczęściej korzystają mieszkańcy?

Na te pytania muszą odpowiedzieć urzędnicy z nowej ekipy z resortu przy ul. Miodowej w Warszawie. Inaczej narażają się na zarzut, którego tak chętnie używali wobec swoich poprzedników: marnotrawstwa i tak ograniczonych środków w systemie lecznictwa. Dublowanie finansowania tych samych świadczeń może bowiem doprowadzić do braku kontroli nad wydatkowanymi pieniędzmi. Samorządy są bowiem słabo przygotowane do takiego nadzoru. Świadczy o tym chociażby brak łącznych i wiarygodnych danych dotyczących programów profilaktycznych, za które odpowiadają. Np. same do końca nie wiedzą , czy płacą za dwa, czy trzy tysiące takich inicjatyw. Na pytanie DGP, ile powiaty i miasta na prawach powiatów przeznaczyły w 2015 r. pieniędzy na ochronę zdrowia, większość nie była w stanie precyzyjnie odpowiedzieć. Jedne do tej puli wliczały wydatki inwestycyjne (np. budowę parkingu przy szpitalu, remont itp.), inne tylko te poniesione na profilaktykę.

Resort zdrowia, proponując samorządom wejście w rolę płatnika, szuka dodatkowych pieniędzy dla systemu po omacku. Bo skoro jest ich za mało, to trzeba sięgnąć do kieszeni tych, którzy na leczenie płacą zdecydowanie mniej niż cała reszta społeczeństwa, albo w ogóle. Przecież od lat nie jest załatwiona sprawa ubezpieczenia zdrowotnego rolników. Od lat, mimo wyroku Trybunału Konstytucyjnego, mamy marną protezę w tym zakresie. Od lat budżet, który płaci m.in. za leczenie bezrobotnych, niezgłoszonych dzieci do NFZ czy bezdomnych, sztucznie zaniża swoje wydatki na ten cel. Przypomnę tylko, że jednym z powodów odwołania za czasów rządów PO ze stanowiska szefa Narodowego Funduszu Zdrowia Agnieszki Pachciarz był jej spór z resortem finansów właśnie o te pieniądze. Pachciarz wykazywała, że na ten cel powinno być w budżecie zarezerwowane 900 mln zł, podczas gdy ówczesny szef resortu finansów udowadniał, że nie więcej niż 300 mln zł rocznie.

Nie ma również klimatu politycznego do powrotu do dyskusji nad wprowadzeniem systemu, masowych i w związku z tym tanich ubezpieczeń zdrowotnych. Rządu nie przekonują świeże dane chociażby Polskiej Izby Ubezpieczeniowej. Z jej analizy wynika, że tylko w ubiegłym roku na prywatne polisy zdrowotne Polacy wydali 483 mln zł. To o 21 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwyższy więc czas przestać powtarzać argument, że jako społeczeństwo nie jesteśmy gotowi na rozwiązania rynkowe. Że tak samo jak prywatnych polis nie chcemy współpłacenia, którego głównym celem wcale nie jest uzyskanie więcej pieniędzy z prywatnych kieszeni, tylko zdyscyplinowanie pacjentów nadużywających prostych i tanich świadczeń. Jako społeczeństwo gotowi jesteśmy na dużo szerszą reformę systemu lecznictwa, niż to się wydaje rządowi. Ale nie papierową i liczoną słupkami wyborczymi.