Dziwi mnie krótkowzroczność naszego państwa. Bo upadek placówek zajmujących się świadczeniami z zakresu psychiatrii to także jego problem. Tym bardziej że jeśli chodzi o statystyki dotyczące zdrowia psychicznego Polaków, to nie napawają one optymizmem. 1,5 mln osób, przy czym z reguły są to ludzie młodzi, cierpi na depresję. Zajmujemy 19. miejsce w świecie, jeśli chodzi o skalę samobójstw.

Zresztą, jeśli chodzi o służbę zdrowia, to powoli nic mnie już nie zaskakuje. Przykład z ostatniej chwili. Trybunał Konstytucyjny orzekł w ubiegłym tygodniu, że to na państwie spoczywa obowiązek poinformowania pacjenta o miejscu świadczenia, jeśli wcześniej lekarz odmówi jego wykonania ze względu na klauzulę sumienia. Eksperci – w tym rzecznik praw obywatelskich – apelują więc do ministra zdrowia o podjęcie w trybie pilnym działań legislacyjnych. Bo obecnie nie wiadomo, kto w takim przypadku ma udzielić pacjentowi informacji – dyrektor szpitala, rzecznik praw pacjenta, NFZ czy wreszcie ministerstwo. Co na to resort? Będzie czekał na pisemne uzasadnienie wyroku. Tymczasem w tym przypadku zaklinanie rzeczywistości nic nie da. Bo niezależnie od tego, co resortowi prawnicy wyczytają w orzeczeniu, w przepisach powstała luka prawna.

Kolejny przykład lekkomyślności. Otóż rezydenci starający się o specjalizację z medycyny rodzinnej muszą ją robić tylko w placówkach, które mają przychodnię lekarza rodzinnego. Efekt? Może zabraknąć placówek, gdzie absolwenci będą mogli zrobić specjalizację. Niestety znów nikt nie potrafił wybiec w przyszłość i przygotować należycie zmiany.

Czy w takiej sytuacji należy się dziwić, że nasza służba zdrowia kuleje? Chyba nie. Bo kuleje nie tylko zarządzanie, ale i otoczenie prawne placówek. Na dodatek dobro pacjenta przegrywa z pieniędzmi. A to, że walka z zaniedbaniami kosztuje dużo więcej niż przeciwdziałanie im, to już nikogo zdaje się nie interesować.