Od stycznia na COVID-19 zachorowało 189,4 tys. osób do 18. roku życia. W tej grupie ponad 73 tys. to dzieci w wieku 5–11 lat, z czego 63 tys. zakaziło się koronawirusem od września, czyli od początku roku szkolnego – wynika z najnowszych danych Ministerstwa Zdrowia. Dlatego kilka dni temu szefowie resortów zdrowia i edukacji napisali list do rodziców. „Szczepionka to nie tylko skuteczna ochrona, ale także szansa na kontynuowanie nauki stacjonarnej przez cały rok szkolny. Zaszczepiony uczeń czy przedszkolak nie trafi na 10-dniową kwarantannę, gdy w klasie pojawi się przypadek zachorowania” – przekonywali. I przypominali, że szczepienie przeciw COVID-19 przyjęło ponad 1,6 mln osób w wieku 12–17 lat. Niepożądane efekty wystąpiły jedynie u 0,02 proc. (320 osób) i były łagodne.
Zdaniem ekspertów oficjalne dane o zakażeniach są jednak zaniżone. Doktor Wojciech Feleszko z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM, immunolog, pulmonolog i pediatra, ocenia, że to skutek wciąż niskiej liczby testów wykonywanych w grupie najmłodszych pacjentów. Na pytanie, czy szczepić dzieci, odpowiada krótko: tak.
Podobnie uważa prof. Ewa Bernatowska, kierownik Oddziału i Poradni Immunologii w Instytucie Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. – Szczepienie to dziś najlepszy sposób na uchronienie się przed ciężkim przebiegiem choroby, powikłaniami i zgonem. Ze statystyki wynika, że z koronawirusem mierzy się coraz więcej dzieci – dodaje.
Reklama
Ale nawet w samym środowisku medycznym nie brakuje wątpliwości. Proszący o anonimowość lekarz, który wcześniej kwestionował słuszność szczepień starszych dzieci, przekonuje teraz, że wyszczepienie młodszych nie jest kluczowe z perspektywy społeczeństwa. – Nie zrobiono rzeczy podstawowej, czyli wyszczepienia ludzi z obniżoną odpornością. Wciąż nie mamy danych, ile tych osób dotąd przyjęło szczepienie, a także ile w tej grupie zachorowało mimo to. Akcja szczepień osób, które wydają się najbezpieczniejsze w kontakcie z wirusem, czyli dzieci, ma jedynie dla rządzących wymiar wizerunkowy. Bo w przypadku młodszych zakażenie rzadko przekłada się na istotny problem kliniczny, a przechorowanie może służyć budowaniu odporności zbiorowej – przekonuje. Zaraz jednak dodaje, że wskazaniem do szczepień dzieci powinny być m.in. choroby współistniejące czy przyjmowanie leków obniżających odporność.
Ale kluczowe jest też, jak akcję szczepień przeprowadzić. Zdaniem prof. Ewy Bernatowskiej tak samo jak w grupie starszych dzieci i dorosłych, czyli z wykorzystaniem istniejących punktów szczepień, także tych w aptekach, oraz z udziałem szkół.

Reklama
Zapytany o to przez DGP MEiN odpowiada, że szkoły mają już wypracowaną ścieżkę współpracy z punktami szczepień i nic nie stoi na przeszkodzie, by w przypadku decyzji społeczności szkolnej o zorganizowaniu wspólnego wyjścia do punktu szczepień szkoła wsparła te działania. O włączeniu w akcję szkół mówił też przed weekendem w Programie 1 Polskiego Radia Przemysław Czarnek, minister edukacji i nauki. – Wszystko zależy od dyrektorów. Będziemy pomagać w organizacji punktów szczepień, tak jak to robiliśmy we wrześniu dla dzieci powyżej 12. roku życia – zapowiedział.
Resort zdrowia akcję wśród najmłodszych widzi jednak inaczej. – Kwalifikacji do szczepień dzieci może dokonać wyłącznie lekarz, więc nie ma możliwości, by szczepienia odbywały się w aptekach. Szczepienia tej grupy wiekowej nie będą odbywały się też w placówkach oświatowych. Rodzice będą musieli udać się do wybranego przez siebie punktu szczepień – zaznacza Katarzyna Kubicka-Żach, specjalistka w biurze komunikacji Ministerstwa Zdrowia.
Co innego kampania informacyjna. Ta, jak słyszymy, ma być prowadzona w szkołach. MEiN przekonuje, że placówki mają do wykorzystania podczas lekcji materiały informacyjne, a w przygotowaniu są kolejne, dla nauczycieli i dzieci pięcio- i sześcioletnich oraz ich rodziców. – W przedszkolach działania profilaktyczne powinny być podejmowane wspólnie z rodzicami dzieci – podkreśla Anna Ostrowska, rzeczniczka resortu edukacji.
Na ile uspokaja to dyrektorów szkół? Ci w rozmowach z DGP wskazują, że nie chcą brać odpowiedzialności za szczepienie najmłodszych uczniów. – Bez rodzica? Nie wyobrażam sobie, jak opanować lęk malucha przed ukłuciem – mówi Ryszard Sikora, dyrektor podstawówki w Krakowie.
Z kolei Marta Hołub, dyrektor szkoły we Wrocławiu liczącej przeszło 1,5 tys. uczniów, tłumaczy, że przy poprzedniej akcji szczepień starszych uczniów nie udało się jej zebrać tylu chętnych, by utworzyć punkt w szkole.
– Dlatego współpracowaliśmy z placówką, która znajduje się tuż obok. Teraz, w przypadku młodszych uczniów, nie wyobrażam sobie, by szczepienia odbywały się bez rodziców czy opiekunów. Maluchy boją się igły i ten strach może sparaliżować całą akcję – opisuje. Jednak, co podkreśla, szczepienia to konieczność, bo pandemia rozkłada funkcjonowanie szkoły na łopatki. – Tylko w ubiegłym tygodniu musiałam odesłać na zdalne nauczanie 23 oddziały klas I–III, po tym jak lawinowo posypały się zakażenia.
W poprzedniej szkolnej akcji szczepień do końca października zaszczepionych zostało 38,76 proc. uczniów w wieku 12–18 lat. Tylko 1398 placówek zorganizowało je na terenie szkoły.