Czy Omikron nas zabije?
Na razie nie da się sformułować jednoznacznego scenariusza. Przede wszystkim potwierdza się, że Omikron ma osłabioną reakcję krzyżową z przeciwciałami, które zdobyliśmy. To oznacza, że stopień neutralizacji jest mniejszy niż przy poprzednich mutacjach. I to jest zagrożenie. Natomiast jest nadzieja, że nawet jeśli jest bardziej zaraźliwy, to mniej groźny dla zdrowia. Pojawiają się nawet zdania, że może będzie jak naturalna szczepionka, czyli jego przechorowanie będzie dużo lżejsze niż Delty czy Alfy, a więc pozwoli nabyć odporność zbiorową bez dużych konsekwencji w postaci ciężkich zachorowań i zgonów.
Co to jest odporność krzyżowa?
Reklama
Odporność krzyżowa to siła odpowiedzi immunologicznej organizmu posiadającego przeciwciała na inny wariant wirusa. Czyli np. przechorowałem na wiosnę COVID wariant Alfa i mam przeciwciała, ale mija kilka miesięcy i przychodzi Delta. Powstaje wówczas pytanie, jak one będą walczyły z Deltą. Jeśli w taki sam sposób, to wtedy jest pełna odporność krzyżowa. A jeśli łatwiej mi zachorować na Deltę niż na Alfę, to odporność krzyżowa jest mniejsza.
To jak wypada Omikron w stosunku do Delty?

Reklama
W naszych scenariuszach zakładamy spadek odporności krzyżowej - przynajmniej dwukrotny, a może nawet kilkukrotny w stosunku do odporności Delty względem Alfy. Ale może powiem od innej strony - właśnie osiągamy tę mityczną odporność zbiorową.
Jak to?
Szacujemy, że obecnie ok. 84 proc. społeczeństwa ma przeciwciała. Chodzi o populację powyżej 20. roku życia. We wrześniu było 75 proc. (zostało to potwierdzone przez twarde dane z badania OBSER-CO), a teraz, w trakcie czwartej fali, dodatkowo immunizację nabyło 12-16 proc. społeczeństwa, co daje nam ponad 82 proc.
Mamy taki poziom immunizacji i pół tysiąca zgonów dziennie? Coś się chyba nie zgadza.
Właśnie się zgadza. Dzięki odporności zbiorowej aktualna fala zaczęła się cofać. To dość wyjątkowa sytuacja, bo to pierwsza fala, która cofa się samoistnie, bez lockdownu. Były co prawda jakieś symboliczne ograniczenia plus maseczki. Tymczasem ta fala dochodzi do szczytu i zawraca. Widać to po sytuacji w województwach lubelskim i podlaskim. Tutaj już jest spadek. Pytanie, czy weszliśmy na poziom plateau, czy krzywa jeszcze spadnie. Naszym zdaniem spadnie - wyliczenia na to wskazują, ale widać to też w tych wymienionych województwach. Poza tym za kilka tygodni 90 proc. populacji będzie miało odporność. Co oznacza, że kończy to pandemię z 2019 r., bo osiągnęliśmy odporność zbiorową.
Możemy otwierać szampana?
Nie do końca, bo będą wstrząsy wtórne, czyli reinfekcje, które zawsze się pojawiają i też bywają groźne. To jednak nie ta skala.
Co to znaczy w praktyce?
Mniej hospitalizacji i zgonów. Ale to scenariusz bez Omikrona.
Czyli bez Omikrona moglibyśmy ogłosić koniec pandemii?
Tak, przynajmniej tej najgroźniejszej jej fazy: wejścia patogenu na całkowicie podatne społeczeństwo. Ale on rzeczywiście może okazać się game changerem.
Co może zmienić?
Mogę powiedzieć o tym, czego się boimy i na co mamy nadzieję. Obawa dotyczy tego, że odporność zdobyta w latach poprzednich nie jest skuteczna wobec Omikrona. Wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że infekcje będą powszechne. Z drugiej strony transmisyjność Omikrona jest porównywalna z Deltą, może trochę wyższa.
Czyli obecne szczepionki, włącznie z dawką przypominającą, nie ochronią nas?
Struktura molekularna Omikrona jest tak różna od Alfy, Delty i szczepu dzikiego, że neutralizacja Omikrona poprzez przeciwciała wywołane infekcją Delty czy szczepionką jest słaba. Z kolei tzw. booster shot idzie w inną stronę. To tak, jakbym się szczepił na odrę, a zachorował na COVID.
Czyli trzecie dawki są bez sensu?
To nie tak. Odporność krzyżowa może być mała, ale im mniejsza, tym bardziej można to kompensować wysokim stężeniem przeciwciał. A tych dostarczają dawki przypominające. Pojawia się nadzieja, że Omikron jest na tyle słabo zjadliwą chorobą, że sam z siebie okaże się szczepionką i nie trzeba będzie się przeciwko niemu dodatkowo szczepić. Takie hipotezy pojawiły się już na Zachodzie.
A czarny scenariusz?
Rozpoczyna się nowa pandemia, dokładanie jak ta z lutego 2020 r. Czyli jest nowy wariant, na który nie ma odporności krzyżowej, ma podobną transmisyjność co COVID i wysoki wskaźnik hospitalizacji i zgonów. Czyli taki COVID-19, wersja 2022.
Jak szybko mógłby się zrealizować?
Z naszych ostatnich wyliczeń, choć to bardzo wstępne szacunki, wyszło, że ta fala zaczęłaby się pojawiać w lutym, a kumulacja np. w kwietniu. Trzeba jednak podkreślić, że jest tu więcej przypuszczeń niż pewności.
Jaki byłby pik takiej fali?
Przy czarnym scenariuszu byłaby to fala, której nie dałoby się „obsłużyć” inaczej niż poprzez lockdown.
Co założyliście przy wyliczeniach?
Kilka poziomów transmisyjności, począwszy od takiej jak dla Delty. Chodzi o współczynnik dziennego zakażania. I że mamy bardzo niską odporność na Omikrona, kilkukrotnie (różne wersje) mniejszą niż odporność krzyżowa między Deltą a Alfą.
Co znaczy trzy razy mniejsza?
Przechorowanie na Deltę w praktyce nie chroni nas przed kolejnym zachorowaniem na Omikrona. Tymczasem między Deltą a Alfą była duża ochrona, przechorowanie Alfy czy zaszczepienie przeciwko niej w dużym stopniu chroniło przed Deltą, przynajmniej jeśli chodzi o ciężkie przechorowanie. Więc dziś ochrona immunologiczna przeciwko Delcie jest w społeczeństwie duża, ale w tym przypadku może przestać się liczyć.
Ile przypadków może być w takim razie w kwietniu w tym gorszym scenariuszu?
Pandemia zaczęłaby narastać w podobny sposób jak na początku COVID-19, gdy jedynym sposobem jej zdławienia był lockdown, zwłaszcza jeżeli by niosła za sobą dużo hospitalizacji i zgonów. Druga wersja jest taka, że byłoby wiele przypadków, ale przechorowywanych w łagodny sposób. Wszystko zależy od stopnia zjadliwości tej mutacji. Na razie nie chcę podawać, ile może być w tym scenariuszu dziennych przypadków.
Co teraz dają wprowadzone ograniczenia?
Restrykcje są właśnie po to, żeby zobaczyć, jak działa Omikron. Kupujemy sobie czas na obserwację. Na przykład zamknięcie szkół to bardzo dobry ruch, ale bez znaczenia dla obecnej fali Delty i szczytu hospitalizacji. To już musztarda po obiedzie. Ale to da nam bardzo cenne tygodnie, by przyglądać się temu, co na świecie dzieje się z Omikronem. Głównym zadaniem decydentów powinno być teraz obserwowanie i analizowanie danych. Zabezpieczenie granic, testowanie po przylocie - wszystko to spowolni dostanie się Omikrona do Polski, choć przy obecnym kształcie cywilizacji nie zatrzymamy go całkowicie.
Jaka jest transmisyjność wirusa w sytuacji działającej oświaty?
Transmisyjność przez szkoły bardzo napędza pandemię, szacuje się na podstawie obserwacji, ale bez dokładnych wyliczeń, że podnosi współczynnik R o kilkadziesiąt procent.
O ile byłoby mniej przypadków, gdyby zamknąć szkoły od września?
Podejrzewam, że w szczycie fali mielibyśmy może 8-10 tys. przypadków. Ale nie robiliśmy takich wyliczeń.
Co można było zrobić i kiedy, żeby nie dopuścić do takiej liczby zgonów?
Można było w XVIII w. nie stracić własnego państwa i prowadzić taką politykę, która by zbudowała zaufanie do władzy, wysoki poziom kompetencji służby publicznej i naturalny szacunek do wypróbowanych autorytetów.
Ale może sama władza nie jest wystarczająco twarda, co tylko utwierdza sceptyków w swoich przekonaniach?
Władza w Danii twarda nie jest, wydała tylko rekomendacje, do których jednak wszyscy się dostosowali. Także w Szwecji były tylko rekomendacje i obywatele się do nich stosowali. Im twardsza władza, tym większy opór, a nie więcej posłuchu.
Braliście pod uwagę, ile osób zastosuje się do wskazań?
Za każdym razem wygląda to inaczej, w zależności od restrykcji. Teraz założyliśmy, że bez nakazów i tak samoistnie o 10 proc. zredukujemy kontakty społeczne.
Trzeba było we wrześniu wprowadzać ograniczenia?
Pytanie, jakim kosztem chcemy przejść przez czwartą falę. My mówiliśmy, że bez obostrzeń będzie ok. 30 tys. przypadków dziennie i to się dzieje. I że w tej fali będzie od 30 tys. do 50 tys. zgonów, co też się dzieje. Można było zmusić ludzi do szczepienia, ale w przypadku polskiego społeczeństwa nigdy nikomu by się to nie udało.
Gdybyśmy chcieli mniej zgonów?
Alternatywą są twarde lockdowny, ale one nie mają sensu w momencie, gdy jest szczepionka.
A co by się stało, gdybyśmy jednak obowiązek szczepień wprowadzili?
Gdybyśmy do końca sierpnia wyszczepili 95 proc. populacji, nie mielibyśmy dzisiejszej fali zgonów i hospitalizacji. Umarłoby może z 5 tys. osób, a nie kilkadziesiąt tysięcy.
Czy paszporty covidowe, jako przepustki do knajp, sklepów czy kin, istotnie by wpłynęły na statystyki covidowe?
Wydaje mi się, że to bardziej narzędzie skłaniania do szczepień niż ograniczenie transmisji. Oczywiście ta transmisja byłaby ograniczona, ale pamiętajmy, że do knajp czy dyskotek chodzą ludzie raczej zdrowi, a transmisja odbywa się głównie wśród ludzi bezobjawowych. Absolutnie nie jest to jakaś kluczowa rzecz dla powstrzymania transmisyjności w populacyjnym wymiarze.
Gdyby Omikron nie okazał się taki straszny, jak wyglądałby koniec pandemii w liczbach?
Pandemia by się wyciszyła, w styczniu byłoby już poniżej 10 tys. przypadków, w lutym ok. 5 tys., a wszystkie nowe to będą reinfekcje lub przebicia poszczepienne o łagodniejszym przebiegu, z niewielką liczbą hospitalizacji. Jak po hiszpance - zostajemy z wirusem, który przestaje być śmiertelnym zagrożeniem w dużej skali.