Jak wynika z danych NFZ, rehabilitację po COVID-19 świadczy obecnie ponad 1130 placówek w Polsce. Ale zdaniem Krajowej Izby Fizjoterapeutów wciąż są białe plamy na mapie Polski, co oznacza, że dla wielu pacjentów jest ona niedostępna.
Bożena Janicka z Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia zwraca również uwagę, że wykaz placówek działających w ramach programu rehabilitacji po przebytym COVID-19 nie jest na bieżąco aktualizowany. Dlatego bywa, że pacjenci, zanim się zapiszą, odbiją się kilka razy od ściany.
W 23. Wojskowym Szpitalu Uzdrowiskowo Rehabilitacyjnym SP ZOZ pytanie o terminy wywołuje zdziwienie. – Jesteśmy na liście świadczeniodawców? NFZ powinien nas z niej skreślić – pada zapewnienie. Podobnie w Szpitalu Powiatowym w Radomsku. – Nie prowadzimy rehabilitacji pocovidowej – mówi osoba z administracji szpitala.
Reklama
W kilku innych miejscach dowiadujemy się, że oddział pocovidowy został przekształcony na covidowy. Tak jest np. w Samodzielnym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Hajnówce. – Ale dzwoniących w sprawie rehabilitacji jest tylu, że być może w przyszłym roku wrócimy do tematu – słyszymy. Także w szpitalu SPOZ w Siedlcach, który figuruje jako placówka świadcząca usługę na Mazowszu, dowiadujemy się, że to nieaktualne. Oddział funkcjonował chwilę, jednak decyzją wojewody został przekształcony na covidowy.
– Gdy wypisujemy skierowanie, nie mamy pewności, czy pacjent trafi na oddział rehabilitacyjny – komentuje Bożena Janicka z PPOZ i dodaje, że zapotrzebowanie na rehabilitację po COVID-19 jest ogromne. – Mam np. pacjentów, którzy do tej pory nie odzyskali węchu, smaku, skarżą się na tzw. mgłę covidową, czyli problemy z koncentracją, pamięcią, zmęczeniem. W rehabilitacji nie chodzi więc tylko o odzyskanie wydolności oddechowej, ruchowej, ale też leczenie neurologiczne, psychologiczne – dodaje.

Reklama
Inny problem to dostępność. Są miejsca, gdzie terminy są jeszcze na ten rok, a w innych trzeba czekać tygodniami. Zasadą jest, że pacjent ze skierowaniem miejsca szuka sam. Sprawdziliśmy, jak długo to trwa.
W Narodowym Instytucie Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji im. E. Reicher w Warszawie słyszymy, że z kompletem dotychczasowych badań trzeba się zgłosić do tutejszego lekarza, który kwalifikuje do rehabilitacji. Pacjenci przyjmowani są według zgłoszeń. Obecnie najbliższy termin to koniec marca. Podobnie jest w Sanatorium „Ziemowit” w Dusznikach Zdrój, gdzie najwcześniejszy termin to 27 marca. – Mamy komplet, pracujemy pełną parą – pada zapewnienie.
Z kolei w SP ZOZ USK im. WAM Uniwersytetu Medycznego w Łodzi – Centralny Szpital Weteranów znajdują termin na koniec grudnia i radzą go bukować nawet bez skierowania, bo jak mówią, niebawem ruszą zapisy na rehabilitacje ozdrowieńcy z czwartej fali. Natomiast Śląskie Centrum Rehabilitacji i Prewencji nie wyznacza żadnych terminów. Tu można się zgłosić ze skierowaniem i czekać. Pacjent zostanie poinformowany o rehabilitacji na dwa tygodnie przed jej rozpoczęciem. – Nie wybiegamy daleko w przyszłość z terminami – tłumaczy pracownik placówki.
Lepiej jest w Przysusze w NZOZ Promień, gdzie dowiadujemy się, że choć zainteresowanie jest olbrzymie, to termin będzie nawet na 10. stycznia. Ale trzeba decydować się już. Lekarz bada pacjenta w dniu przyjęcia i zabiegi ustalane są według potrzeb. Podobnie w Uzdrowisku w Kłodzku, gdzie terminy są na styczeń i luty. Jeszcze lepiej jest w Wojskowym Szpitalu Uzdrowiskowo Rehabilitacyjnym w Ciechocinku, gdzie terminy są od ręki. – Świadczenia udzielane są stacjonarnie, niezwłocznie po dostarczeniu przez pacjenta wymaganych dokumentów – mówi z kolei Anna Kalbarczyk ze szpitalu SPSK im. Adama Grucy w Otwocku.
Pytamy w NFZ, jaki jest średni czas oczekiwania na rehabilitację pocovidową. Fundusz tłumaczy jedynie, że nie obowiązują limity, dlatego placówki same zarządzają ruchem pacjentów.
W nieoficjalnych rozmowach ośrodki przyznają, że niechętnie przyjmują pacjentów na rehabilitację po COVID-19. Powód to niska wycena, która sprawia, że ich przyjmowanie jest nieopłacalne. – Jest o połowę niższa od tej, która została przez nas zrobiona i zaakceptowana na etapie omawiania programu przez AOTMIT – mówi Tomasz Niewiadomski, wiceprezes Krajowej Izby Fizjoterapeutów. I dodaje, że sytuacja jest lepsza na Mazowszu, gdzie za rehabilitację płacone jest dodatkowo z budżetu urzędu marszałkowskiego. Na ten cel poszło w tym roku 2 mln zł, a na kolejne dwa lata zakontraktowano 8 mln zł.
KIF tłumaczy też, że przeszkodę w realizacji świadczenia stanowi dostęp do fizjoterapeutów w Polsce. W systemie NFZ jest ich obecnie 30 tys. O 8 tys. mniej niż kilka lat temu. Tymczasem ogólna liczba sięga już 70 tys., co oznacza, że reszta zasila rynek prywatnych usług zdrowia.
Eksperci przyznają, że w tej sytuacji dobrym rozwiązaniem jest wydłużenie możliwości rehabilitacji po COVID-19 z 6 do 12 miesięcy po zakończonej chorobie. Zwiększa to szanse na skorzystanie z pomocy.
Czy rozwiązaniem jest opieka ambulatoryjna? Tak i nie. NZOZ w Adamówce na Podkarpaciu może świadczyć rehabilitację w tym trybie. Może, ale nie miał od miesięcy pacjenta. – Pod naszym kierunkiem można dochodzić do sprawności oddechowej, ruchowej, kardiologicznej na zajęciach dwa, trzy razy w tygodniu. Tylko chętnych brak – słyszymy.
Podobnie w Kołobrzegu w Centrum Rehabilitacji i Odnowy Biologicznej. – Myślałam, że będą tłumy, a od pięciu miesięcy miałam trzech–czterech pacjentów – mówi współprowadząca placówkę. Dlaczego tak jest? – Myślę, że pacjenci nadal nie wiedzą o istnieniu tego rodzaju pomocy. A lekarze POZ, gdy wypisują skierowania, to do szpitali i uzdrowisk.
W rozmowach z DGP lekarze POZ zwracają też uwagę, że pacjent musi na wizytę dotrzeć sam. Tymczasem nie każdy czuje się na siłach i nie każdy ma zapewniony transport.