Tak jest w przypadku strajku medyków. Na ulicę wyszli ludzie nie dlatego, żeby cynicznie wykorzystać dobry moment i zawalczyć o podwyżki, ale dlatego, że narasta w nich frustracja, wściekłość, bezsilność i żal. Dlaczego teraz? To nie ma znaczenia. Problem jest realny. Nie dość tego, po raz pierwszy jest to tak masowy protest łączący różne środowiska medyczne. To już nie są sami lekarze czy pielęgniarki. To także ratownicy, położne, diagności, fizjoterapeuci, a wsparcie dali nawet dyrektorzy szpitali. Tymczasem reakcje polityków z partii rządzącej wskazują, że nie rozumieją tej frustracji.
Minister zdrowia mówi, że „to jest poszukiwanie pewnego poklasku społecznego, robienia teatrum, które polega na wychodzeniu na ulicę”. Oliwy do ognia dolewa lekarz, senator PiS Stanisław Karczewski, mówiąc, że niektórzy protestują, podczas gdy inni pracują (zaraz mu Janusz Piechociński z PSL wyciągnął, że „były marszałek Senatu Stanisław Karczewski w latach 2009–2015 zarobił ponad 400 tys. zł, odbywając płatne dyżury w szpitalu, w którym był na bezpłatnym urlopie na czas wykonywania mandatu senatora). Tak jakby nie wiedzieli, że nie tędy droga. Środowisko czuje się ignorowane, niezauważane i takie podejście tylko ten konflikt zaognia.