fot. Wojtek Górski
Reklama
Maria Libura - ekspertka ds. zdrowia, kierowniczka Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, wiceprezeska Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej, członek Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta. Współpracowniczka Klubu Jagiellońskiego i Nowej Konfederacji

Reklama

W rok 2021 weszliśmy z bagażem rekordowego poziomu nadmiarowych zgonów. Polityczne i społeczne reakcje przypominały dobrze znane „nic się nie stało”.

Rzeczywiście, ten smutny rekord spotkał się z zaskakująco obojętnym przyjęciem. Nie tylko klasa polityczna uznała początkowo, że temat jest poboczny, lecz także jego społeczne postrzeganie wygląda na postępujące przyzwyczajenie się do katastrofy. Z jednej strony „nic się nie stało”, z drugiej „tak musiało być”. To taka toksyczna mieszanka niefrasobliwości i fatalizmu.
Oswoiliśmy się z katastrofą czy nie zdajemy sobie sprawy z powagi sytuacji?
Jest gorzej – nie ma spójnego, wspólnego obrazu tego, co się od roku dzieje. Polacy znów okazują się mistrzami polaryzacji, dzieląc się na „wierzących i niewierzących” w pandemię. Ułatwiają to kulawe statystyki. Wielu analityków wskazuje, że w różnych wymiarach pandemia w Polsce zerwała się z łańcucha już we wrześniu ubiegłego roku, o ile nie latem. Zanim jesienią szpitale wypełniły się chorymi, zabrakło kluczowych informacji, które zasygnalizowałyby rozmiar nadchodzącej fali.
Dlaczego tak się stało?
Złożyło się na to wiele czynników: oszczędna strategia testowania, wydolność sanepidu, a od pewnego momentu unikanie potwierdzenia zakażenia przez część obywateli. W konsekwencji zabrakło wiedzy o skali epidemii w Polsce, a następnie także danych o przyczynach zgonów, ich związku z pandemią. Ta wiedza kształtuje społeczną świadomość, przekonanie o wadze problemu.
Dlatego nie uświadamiamy sobie, z czym tak naprawdę mamy do czynienia?
W efekcie temat nadmiarowych śmierci nie stał się impulsem do wypracowania nowej strategii przeciwdziałania COVID-19, a szerzej – rewizji dotychczasowego systemu publicznej opieki zdrowia. Zamiast tego mogliśmy obserwować spór między Ministerstwem Zdrowia a środowiskami przeciwnymi obostrzeniom o interpretację: czy śmierć w przypadku choroby współistniejącej zalicza się do puli „covidowej” czy nie? Czy nadmiarowe zgony to ofiary koronawirusa czy lockdownu? Ta niewiedza jest, jak widać, niebezpieczna nie tylko w wymiarze systemowym, ale też postaw i nastawienia społecznego.
Żadna z tych stron tak naprawdę nie przedstawiła jednak pomysłu na nową strategię działania.
Zamiast dyskusji o pryncypiach doszło do starcia PR-owych narracji. Środowiska sceptyczne wobec pandemii zaczęły forsować tezę, że nadmiarowe zgony wynikają wyłącznie z tego, że Polacy nie mieli dostępu do opieki zdrowotnej. Twierdzą, że wirus jest niegroźny, na co dowodem ma być liczba udokumentowanych zgonów na COVID-19 bez chorób współistniejących. Z tego zaś wywodzą, jakoby obostrzenia były nieporozumieniem. Ministerstwo ze swej strony próbuje pokazać, że większość zgonów, także tych oficjalnie z innych przyczyn, np. u ozdrowieńców wkrótce po przechorowaniu, jest de facto związana z wirusem.
Skąd taka popularność antypandemicznej narracji?
To w dużej mierze nieoczekiwany efekt uboczny oficjalnej komunikacji. Od wiosny 2020 r. trwa mniej lub bardziej subtelna gra polegająca na żonglowaniu chorobami współistniejącymi w oficjalnych przekazach. Początkowo miała ona uspokajać opinię publiczną, że sytuacja jest pod kontrolą, a większości z nas nic nie grozi. Nie jest to jedyna dyskusja, w której stawką okazują się bardziej nastroje społeczne niż opanowanie pandemii. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że podobne strategie „obrotowej argumentacji” stosuje cała klasa polityczna w naszym kraju: obostrzenia „zabijają” albo „ratują życie” w zależności od tego, kto komu chce przyłożyć. Czy powinno zatem dziwić, że w tych sporach ginie ludzka solidarność?
Klub Jagielloński opublikował jakiś czas temu raport pt. „Rząd po lupą – ranking polityk publicznych 2020”. Za opiekę zdrowotną wystawia pani rządzącym ocenę 2+. Kto zawinił – system czy klasa polityczna?
W opiece medycznej lepiej szukać przyczyn niż winnych. Ta wiosna dawała nadzieję, że w Polsce i krajach regionu przebieg pandemii może być inny niż w krajach Europy Zachodniej. Dlaczego tak się nie stało i obecnie należymy do obszarów najmocniej dotkniętych pandemią, to na pewno będzie analizowane przez długie lata. Były jednak dziedziny, w których doszło do utraty kontroli nad sytuacją niejako na własne życzenie. W znacznej mierze zdecydowała o tym dynamika polityczna związana z wyborami prezydenckimi, bo w końcu wszystkim siłom było na rękę „wyciszenie pandemii”. Później trudno było wracać do języka ostrożności; za wcześnie ogłoszono sukces. Nie tłumaczy to jednak wszystkiego, bo taka utrata kontroli nad sytuacją miała miejsce nie tylko w Polsce. Wystarczy spojrzeć na szybujące wskaźniki zachorowań podczas kolejnych fal w Czechach i na Słowacji. Wygląda na to, że nasze systemy instytucjonalne uczą się słabiej niż część systemów w krajach z Europy Zachodniej. Na przykład reakcja brytyjskiej klasy politycznej na początek pandemii była niefrasobliwa...
Do czasu aż….
…musieli się ogarnąć, Wielka Brytania została bardzo mocno dotknięta pierwszą falą, a potem pojawiła się brytyjska odmiana wirusa. Widząc, w jakim tempie się szerzy, grożąc strategii szczepień, władze nie hamletyzowały nad tym, czy społeczeństwo zaakceptuje twardy lockdown na Boże Narodzenie. Można odnieść wrażenie, że w wielu rozwiniętych krajach groza biologicznego zagrożenia, którego nie sposób przykryć fajnymi hasłami od copywriterów, nie docierała początkowo do decydentów.
Tam, gdzie dotarła szybciej, udało się skuteczniej powstrzymać rozwój epidemii?
Wielka Brytania wykazała się wręcz brawurą, wyprzedzając Unię Europejską w dostępie do szczepionek. Dzięki temu zyskano czas na zgromadzenie dostatecznej liczby dawek i rozpoczęcie masowego programu szczepień. Podobnie wyglądała sytuacja w Izraelu, który też wcześniej mierzył się z poważnymi problemami.
Czyli zdecydowane strategie pomogły opanować sytuację?
Są pierwsze analizy skuteczności dotychczasowych strategii w skali globalnej. Spójność działań okazuje się bardzo ważnym czynnikiem – taka lekcja płynie również z Australii, Nowej Zelandii i Azji Południowej. Tam postawiono na strategię „zero COVID” – dążenia do długich okresów bez zachorowań na określonym terenie, które pozwalają na otwarcie lokalnych biznesów i instytucji, z których można korzystać „w starym stylu”, choćby pijąc kawę przy stoliku kawiarni, podczas gdy dzieci szaleją na placu zabaw. W Polsce do podobnych działań wzywa inicjatywa Pacjent Europa.
Niektóre analizy naukowe doszukują się związku pomiędzy liczbą zgonów a płcią przywódcy. Kobiety u steru poradziły sobie lepiej?
Głębsze badania, jak niedawno opublikowane w „PLOS ONE”, pokazują, że sprawa nie jest taka prosta, choć przekonanie o większej skuteczności kobiet liderów ma w sobie ziarno prawdy. Kobietom przypisuje się takie cechy, jak umiejętność słuchania, budowanie koalicji, konsultacje przy podejmowaniu ważnych decyzji, czyli cechy, które przydają się w zarządzaniu kryzysowym. Okazuje się, że państwa, którymi rządzą kobiety, mają specyficzne cechy kulturowe, które i pozwalają na wybór lidera płci żeńskiej, i ułatwiają zarządzanie kryzysem: dbałość o spójną komunikację publiczną, ale też twarde miary przy wprowadzaniu obostrzeń po uzyskaniu społecznego przyzwolenia. To ma sens: w krajach demokratycznych wprowadzanie radykalnych obostrzeń wymaga szerokiej zgody politycznej.
Dzisiaj, w środku trzeciej fali, powinniśmy się przygotować na najgorsze?
Trzecia fala według dostępnych modeli może mieć dłuższy szczyt niż druga, a to oznaczałoby, że przeciążenie ochrony zdrowia może mieć większy wpływ zarówno na zakażonych wirusem, jak i pozostałych pacjentów. Również rosnąca polaryzacja postaw społecznych nie ułatwi jej opanowania, zostawiając po sobie długi cień.
Czyli?
Ludzi borykających się z różnymi powikłaniami. W Polsce wciąż mało mówi się o tzw. długim COVID-zie. Lekarze wskazują jednak, że i u nas rośnie grupa osób, które mają poważne problemy zdrowotne, choć zaliczają się do ozdrowieńców – choć trzeba powiedzieć, że Ministerstwo Zdrowia dostrzegło problem i stworzyło dla tych pacjentów program rehabilitacji. Do tego dochodzi dług zdrowotny oraz wzrost postaw irracjonalnych i antynaukowych.
Mamy za to politykę restrykcji.
Polskie obostrzenia są dość uciążliwe, ale zarazem – patrząc na rozmiary kolejnych fal – relatywnie mało skuteczne. Między innymi dlatego, że ich się często de facto nie egzekwuje. Powstaje mechanizm błędnego koła: w obawie przed reakcjami społecznymi traktuje się restrykcje jak zalecenia, więc one nie działają, a przez to spada przekonanie o ich sensowności.
Uwaga skupia się na określonych branżach.
No właśnie, a nie na skutkach społecznych. Oczywiście gospodarka jest ważna, bo od niej zależy los ludzi. Tylko dlaczego w Polsce najgorętsze dyskusje dotyczą uruchomienia stoków narciarskich i restauracji, a nie szkół? Dla mnie to zagadka: jak to możliwe, że tak mało uwagi i troski poświęca się temu, w jaki sposób najbezpieczniej otworzyć szkoły.
Na jakiś czas udało się je otworzyć.
Tak, ale prawie każdy zdawał sobie sprawę z umowności reguł: nosimy maseczki, ale mało kto pilnuje tego, jak je nosimy; w wielu placówkach tłumy dzieci spotykają się na przerwach, ale nikt nie myśli o tym, żeby strukturalnie temu przeciwdziałać. Niesamowite jest również to, że nie bada się wpływu otwartych miejsc kultu na wskaźniki zachorowań, a przecież jesteśmy krajem, gdzie obostrzenia są w nich bardzo łagodne, a nawet w wielu miejscach nie są przestrzegane. Brakuje też weryfikacji, co naprawdę działa. Także zagraniczne badania w tym zakresie traktowane są dość wybiórczo. Dopiero niedawno zdecydowano się na kwarantannę dla przybywających z kierunków egzotycznych, choć wcześniej inne kraje wprowadziły systemy rejestracji i monitorowania przyjeżdżających, bazując na doświadczeniach Australii i Nowej Zelandii.
To znaczy, że ignorujemy dostępną wiedzę?
Nie dostrzegamy zalet demokratyzacji wiedzy. Widać to było bardzo dobrze na przykładzie Michała Rogalskiego, 19-letniego analityka, który wysiłkiem społecznym zrobił bazę danych statystycznych związanych z przebiegiem pandemii w Polsce, a nasi rządzący zamiast skorzystać z jego potencjału, odcięli go od danych. To była szansa, by modelowo połączyć działania publicznych instytucji z inicjatywami obywatelskimi, zyskać sympatię społeczną i lepszy wgląd w sytuację. Zrobiono coś zupełnie przeciwnego. Można być przekonanym, że racjonując obywatelom wiedzę, zyskuje się panowanie nad przekazem, ale ta strategia ma krótkie nogi w przypadku przewlekłego, bardzo złożonego kryzysu. Szeroki margines interpretacji skąpych statystyk to miecz obosieczny.
Jak w tym wszystkim odnajduje się minister zdrowia?
Wygląda na to, że przy podejmowaniu strategicznych decyzji spoza samego systemu zdrowia zajmuje drugoplanową pozycję. A to od tych decyzji zależy dynamika pandemii, bo szpitale zapełniają się ludźmi, którzy wcześniej wpadli w ogniska choroby, a tych od dawna nikt skutecznie nie śledzi. Może dlatego wypowiada się nieprawdopodobnie niespójnie. Kiedy np. wszystkie znaki przepowiadały rychłą trzecią falę, minister zadeklarował wolę zdecydowanych decyzji luzujących.
A kilka dni później usłyszeliśmy, że czekają nas bardzo trudne tygodnie.
No właśnie. A my zastanawiamy się, skąd biorą się postawy negujące pandemię. Taki rodzaj komunikacji na pewno nie pomaga. Do tego dochodzą sprzeczności w przekazach pomiędzy różnymi politykami i przedstawicielami rządu. Najlepszym przykładem był incydent primaaprilisowy, gdy załamał się system rejestracji na szczepienia. Nawet kolejnego dnia nie było jasne, dlaczego nagle otwarto szeroko rejestracje dodatkowych grup wiekowych. Awarie systemów IT się zdarzają – uderzający był brak spójnego wyjaśnienia przyczyn.
Czego dowiedzieliśmy się o naszym państwie w ostatnich miesiącach?
Widać wyraźnie, że instytucje publiczne mają kłopot z egzekwowaniem prawa, tak aby zagwarantować obywatelom bezpieczeństwo. Oprócz szkół, które przy dobrze zorganizowanym systemie można skuteczniej kontrolować, są też zakłady pracy, które sam minister zdrowia wskazał niedawno jako znaczące ogniska epidemii. Istnieją służby, które mogłyby się tym zająć, np. Państwowa Inspekcja Pracy czy Inspekcja Sanitarna, które przecież powstały, by monitorować takie zagrożenia. Wydawało się, że to jest ogromny atut Polski w pandemii, że posiada takie struktury.
Ale przez lata na nich oszczędzano.
Owszem, ale proszę zwrócić uwagę, że nie wykorzystaliśmy pierwszych dwóch fal do tego, żeby te instytucje wzmocnić. To chyba jest związane z wyobrażeniem naszej klasy politycznej o roli państwa. „Nie będziemy twardo egzekwować żadnych obostrzeń, nie będziemy uprzykrzać wam życia”. Czy były jakieś wysokie kary dla firm, które nie zapewniały odpowiednich warunków pracy podczas pandemii? Dlaczego przymykano oczy na tzw. koronawesela, na właścicieli domów weselnych, którzy wpuszczali dodatkowych gości?
Było „państwo z kartonu”, teraz chyba mamy „państwo na gębę”?
Jakiś czas temu pojawiło się słowo „zalecenia”. To słowo klucz w kontekście wspomnianej niebezpiecznej gry komunikacyjnej. Na progu trzeciej fali słyszymy np., że należy wstrzymać zabiegi planowe w szpitalach. Pojawia się krytyka ze strony części środowiska medycznego, które wskazuje, że wiele osób zostanie bez pomocy, a dług zdrowotny będzie jeszcze większy. I w takiej sytuacji instytucja publiczna mówi, że to nie jest żaden nakaz, tylko zalecenie. Jednoczesne grożenie palcem i mruganie okiem jest przejawem kapitulacji; władze nie egzekwują własnych regulacji, rośnie przekonanie, że prawo jest dla przestraszonych, bo i tak nie ma sankcji.
W ten sposób można umyć ręce i jakby co powiedzieć: „przecież apelowaliśmy”.
Taka akrobatyka komunikacyjna kreuje wrażenie unikania odpowiedzialności. Przedłużający się kryzys wymaga szerokiego porozumienia, bo decyzje obarczone są ogromną niepewnością i błędy są w zasadzie nieuniknione. A w Polsce mamy z tym ogromny problem. Nawet podczas trzeciej fali wygląda to tak, jakby klasa polityczna nie rozumiała, że gra we wskazywanie winnego to gra na wzajemne wyniszczenie, gdyż oddala pokonanie problemu, który nie jest „grą narracji”, ale najzupełniej realnym wirusem. Nie da się go przegadać.
Czy w obliczu dotychczasowych wydarzeń system zdrowia stał się priorytetem dla rządzących?
W przypadku publicznego systemu ochrony zdrowia widać przede wszystkim chęć utrzymania zborności, a w obecnym kryzysie – doraźnej wydolności. Słabo natomiast wybrzmiewa postulat reformy, która miałaby przekształcić system w bardziej egalitarny, dostępny i sprawiedliwy. Zamiast analizy sytuacji konkretnych grup społecznych dostajemy kolejną porcję ogólnie słusznych diagnoz i skrótów myślowych na temat zasad zarządzania. W tle szykuje się duże przekształcenie sektora szpitali, jednak w komunikatach o narzędziach i strukturze właścicielskiej podmiotów leczniczych giną cele zdrowotne. Jaki będzie wpływ tych zmian na sytuację pacjenta? Jak zmieni się sytuacja zdrowotna społeczeństwa po ich wprowadzeniu?
Rządzący zapowiadają centralizację, opozycja nalega na decentralizację systemu zdrowia.
To jest w dużej mierze fałszywy dylemat, bo nasz system wymaga przede wszystkim lepszej koordynacji. I rozliczalności. Płytkość debat o zdrowiu wynika chyba z tego, że politycy od kilku dobrych kadencji nie są zainteresowani poważną rozmową z obywatelami na temat nowej umowy społecznej dla zdrowia. Z różnych powodów łatwiej jest nie wychodzić poza ten menedżerski horyzont. Każdy model będzie realizował cele, które wyznaczy mu właściciel, a więc państwo. A jakie cele stawia państwo? Czy słyszał pan np. jasny plan zmniejszenia regionalnych różnic w dostępie do usług publicznych w obszarze zdrowia z określonymi wskaźnikami? Ilu hospitalizacji unikniemy dzięki określonym działaniom? Jak konkretnie zwiększy się wczesna wykrywalność częstych nowotworów? Bardzo ważną kwestią są nierówności w systemie zdrowia i cena, którą za to płacimy jako społeczeństwo. Pandemia jest lekcją ze znaczenia publicznego systemu zdrowia. Tam, gdzie go nie ma, gdzie są ludzie nieobjęci ubezpieczeniem, robi się groźnie. Było to bardzo dobrze widać w USA, ale też np. w Singapurze, który nie zauważał pracowników-migrantów, do momentu, gdy w ich miejscach zamieszkania powstały ogniska wirusa. To jest moment, kiedy widać bardzo wyraźnie, że funkcjonujemy gorzej, gdy nie ma solidarystycznego systemu zdrowia. To jest absolutny must have społeczeństw demokratycznych i nowoczesnych.
Klasa społeczna ma wpływ na rozwój epidemii? Zachorować może biedny i bogaty…
Zastane nierówności mają wpływ na przebieg pandemii, np. grupy zawodowe, które nie mogą pracować zdalnie, to często te same, które mają gorszy stan zdrowia, jak choćby mężczyźni z niższym wykształceniem. Unikający kwarantanny to nie tylko antycovidowcy, lecz także pracownicy na śmieciówkach i ci, dla których 80 proc. pensji to cios w budżet. I międzynarodowe badania nad ryzykiem związanym z COVID gromadzą coraz więcej wiedzy o różnicach klasowych. Klasy społeczne to też klucz do budowy lepszego systemu zdrowia, gdy pandemia już się skończy. Nie jest tajemnicą, że stan zdrowia i oczekiwana długości życia osób należących do klasy ludowej są znacząco niższe niż dla osób należących do klasy średniej i wyższej. I paradoksalnie to jest dobry czas, żeby powiedzieć to głośno i wyraźnie: także w Polsce determinanty zdrowia są bardzo ściśle związane z klasą społeczną. Z rodzajem i warunkami pracy, ograniczeniami dostępu do publicznej opieki zdrowotnej, wykluczeniem transportowym czy warunkami mieszkaniowymi. Verity Aiken, socjolożka z Nottingham Trent University, wskazuje, że możliwość uniknięcia lub ograniczenia ryzyka zakażenia z jednej strony odzwierciedla stare podziały społeczne, z drugiej zaś na naszych oczach wytwarza nowe.
Większość badań poświęconych społecznym konsekwencjom pandemii np. w USA, we Francji czy w Wielkiej Brytanii zawiera informacje o klasie społecznej, płci i rasie. Wygląda na to, że pandemia wybija nierówności tłustym drukiem.
Te kategorie wróciły w sposób spektakularny do debaty publicznej w ostatnich 12 miesiącach. Oblężenie banków żywności w wielu bogatych krajach unaoczniło rozpiętość szczebli drabiny społecznej. Pandemia już od samego początku bardzo wyraźnie wpłynęła na sytuację kobiet. W kryzysie kobiety przejmują na siebie znacznie więcej obowiązków domowych związanych z opieką nad dziećmi i osobami niesamodzielnymi niż mężczyźni. Jak pokazują badania z USA, pandemia nieproporcjonalnie wypchnęła tam kobiety poza rynek pracy nie tylko przez kurczącą się liczbę miejsc pracy, lecz właśnie przez opiekę nad dziećmi. Do tego wiele zawodów związanych z lokdownem jest sfeminizowanych, np. kasjerki. Tracą też kobiety z klasy średniej; np. liczba prac naukowych składanych do publikacji przez kobiety badaczki jest relatywnie niższa niż w przypadku mężczyzn. Jak napisała pewna Amerykanka, „znów jesteśmy w latach 80.”.
W Polsce się o tym prawie nie mówi.
Takie tematy wciąż uchodzą w naszym kraju za mało ważne. W polskich mediach nierówności to „kwiatek do kożucha”, o ile nie „komunizm”.
„Po pierwsze gospodarka, głupcze”?
Gospodarka jest bardzo ważna. Sęk w tym, że – jak zauważył Matthew Eggmeier – wytwarza się wręcz religijne ujęcie rynku, które odrywa rozważania o ekonomii od kwestii etycznych i społecznych (Adam Smith przewraca się grobie). Pojawia się dyskurs, w którym rynek jest pozbawiony ludzkiego wymiaru mechanizmu wymiany dóbr i usług, a staje się Rynkiem, najwyższą wartością, której funkcjonowanie warte jest ofiary.
Kogo poświęcamy?
To widać po tym, jak toczy się debata publiczna na temat luzowania gospodarki. Głosy, by otworzyć wszystko. „Kto umrze, ten umrze, i trudno”, „przecież nie możemy poświęcać naszej gospodarki”. To jest jednak niesamowite, jak bardzo cały nasz dyskurs o ekonomii jest zdehumanizowany, na podstawie wątpliwego w świetle danych historycznych przeciwstawienia sobie zdrowia publicznego i gospodarki. Ale czy warto umierać za to, żeby ktoś mógł za dwa lata więcej konsumować?
Ale to oznacza, że nawet w tak trudnym okresie nie udało się nawet na moment odejść od ideologizacji ekonomii i gospodarki.
Tak i to jest bardzo niepokojące. W swoich analizach brytyjscy badacze zastanawiają się nad wpływem pandemii na relacje społeczne i wyłania się z tego obraz pandemii jako wydarzenia granicznego. W tym samym czasie uruchamia się „teologia neoliberalna” i wprowadza do debaty publicznej język wojennych metafor. Mamy więc wezwania do poświęcania się, ale właściwie nikt nie wytłumaczył, w imię czego mam to robić.
Żeby było jak dawniej?
Tylko że niegdyś wzywano do poświęceń dla różnie rozumianej wspólnoty. Teraz w zasadzie wychodzi na to, że mamy się poświęcić, żeby potem pić więcej café latte. Mało kto mówi o tym, że możemy wykorzystać pandemię, żeby stać się bardziej równościowym i egalitarnym społeczeństwem, zatroszczyć się o środowisko i np. ograniczyć konsumpcję. Dominują apele o poświęcanie się kierowane do tych, którzy wykonują swoją codzienną pracę bez większych nadziei na zmianę swojej sytuacji w przyszłości.
W tym kontekście widać chyba najbardziej różnice klasowe.
Tak, weźmy przykład szczepień na uniwersytetach. Znaczące było pominięcie w tym kontekście pracowników administracyjnych, sprzątających czy portierów, którzy przecież mają najczęściej bezpośredni kontakt z ludźmi. Oprócz tego mamy cały taki nurt ufundowany na moralnej ocenie zwykłych ludzi. Wini się pacjentów za to, że nie dbają o własne zdrowie, że nie zgłosili się do szpitala na czas, że się spóźniają na szczepienia. Dominuje zrzucanie winy na tych, którzy znajdują się najniżej w hierarchii społecznej.
A może pandemia tylko wzmocniła procesy, które działy się wcześniej, a więc słabi i niewidoczni są jeszcze bardziej słabi i bardziej niewidoczni nie tylko dla systemu, ale też dla innych ludzi?
Czy jest przypadkiem to, że np. część tych nisko płatnych zawodów to są prace z jednej strony niezbędne, ale z drugiej niewymagające długotrwałego uzyskiwania kwalifikacji, a więc w ocenie społecznej łatwo zastępowalne? Pandemia obnaża bezwzględność w myśleniu na temat tych ludzi. Jednocześnie jesteśmy świadkami absolutnego rozgrzeszania się symbolicznych elit.