To oczywiście była forma protestu przed zapowiedziami zaostrzenia przepisów dotyczących posiadania broni. Ale to, co istotne z punktu widzenia Amerykanów, w Polsce jest problemem całkowicie drugorzędnym. Łączy nas coś innego – zmiana systemu ochrony zdrowia. Obama wprowadza system tanich polis medycznych dla mniej zamożnych obywateli. Idzie mu to jak po grudzie.

Również minister Arłukowicz będzie musiał przekonać nie tylko polityków, ale przede wszystkim Polaków do dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Czeka go trudna walka. Ale ma szansę wygrać, bo prawie 40 proc. Polaków deklaruje zainteresowanie dodatkowymi polisami zdrowotnymi. A więc nawet na wyższym poziomie, niż zakładają to analizy wcześniej przygotowywane dla resortu. Ten odsetek mógłby być jeszcze większy, jeżeli uwierzyliby, że w zamian faktycznie system ochrony zdrowia zacznie działać, a nie dawać fikcyjne poczucie pewności, że jak zajdzie taka potrzeba, to w publicznym szpitalu czy poradni można liczyć na pomoc. Według badań przeprowadzonych kilka lat temu przez CBOS dla Polaków zdrowie jest absolutnym priorytetem obok takich wartości jak szczęście i szacunek innych ludzi.

Za opiekę zdrowotną płacą z własnych kieszeni już ponad 30 mld zł rocznie. Ale tylko część jest wydawana w formie abonamentów i składek ubezpieczeniowych. Reszta to opłaty bezpośrednie. To najmniej efektywna forma kupowania świadczeń zdrowotnych, jaką można sobie wyobrazić. To właśnie utrwala podział na bogatych i biednych – zamożny pacjent płaci w prywatnej klinice, by nie czekać w kolejce w szpitalu czy do specjalisty. Temu, którego na to nie stać, pozostaje tylko system publiczny z jego ograniczeniami.