Jeśli ktoś nie dba o własne zdrowie, powinien płacić więcej do publicznego systemu lecznictwa. Bo w przeciwnym razie inni ponoszą finansowe konsekwencje jego niefrasobliwości. To reszta społeczeństwa za nią płaci. Z takim postulatem jeszcze nie wystąpił żaden polski polityk, ale w Europie dyskutuje się o tym coraz goręcej.
Francuzów w ostatnich dniach rozgrzały na przykład przecieki o planowanym ponoć przez rząd podatku od napojów energetyzujących, e-papierosów, tanich win aromatyzowanych oraz sztucznych słodzików. Padają nawet konkretne sumy. Dzięki nowemu podatkowi francuski system ubezpieczeń społecznych miałoby zasilić dodatkowe 14 mld euro. Do opodatkowania napojów gazowanych przymierzają się także Włosi. Wprawdzie francuski minister zdrowia dementuje przecieki, ale ludzie i tak wiedzą swoje. Są przecież kraje, które podatek od śmieciowego jedzenia już wprowadziły. Na przykład Węgry. Węgrzy nazywają go nawet chipsowym albo hamburgerowym. Z kolei w Danii nazywa się on podatkiem tłuszczowym, ponieważ jego wysokość uzależniona jest od ilości zawartych w danym produkcie tłuszczów nasyconych. Wiadomo przecież, że są niezdrowe, podatek ma zniechęcić do ich nadmiernej konsumpcji.
Stany Zjednoczone nie odważyłyby się podnieść ręki na swoją narodową potrawę, czyli hamburgery, ale burmistrz Nowego Jorku zabronił przecież podawania słodkich napojów w ilości przekraczającej pół litra. To gest raczej symboliczny niż mający faktyczny wpływ na fatalną dietę Amerykanów, ale od czegoś przecież trzeba zacząć. „The Economist” wyliczył, że roczny koszt opieki medycznej osoby otyłej w USA jest o 700 dol. wyższy niż szczupłej. Tej zależności nikt już raczej nie kwestionuje. Wiele badań wskazuje, że nasze zdrowie w dużej mierze zależy wprawdzie od genów, ale także od naszego stylu życia. Mamy spory wpływ na to, czy rak, choroby krążenia czy cukrzyca nas dosięgną, jeśli robimy wiele, by tak się stało. Sami ściągamy na siebie nieszczęście, a inni muszą płacić potem za nasze leczenie.